środa, 13 marca 2024

"Na wojnie nie ma miejsca na szlachetność"

Dzisiaj, nie będzie słowa wstępnego przed poniższym wywiadem. Nie potrzeba tu żadnych słów, ponieważ sam w sobie jest kwintesencją poruszanego tematu. Dodam, że rozmowa została upubliczniona 11 marca 2024 roku w Weekend Gazety.pl przez panią redaktor Annę KALITA z panem Pawłem Reszką*. Zachęcam, naprawdę w a r t o przeczytać.

                           Bucza. Kwiecień 2022 roku (Fot. Shutterstock)

"Mieszkańcy Chersonia gołymi rękami odpychali czołgi. Rosjanie lepili wtedy figurki z plasteliny"

"Każde dziecko w Rosji zna na pamięć wiersz Fiodora Tiutczewa "Rosji nie da się objąć rozumem". O czym mówi Tiutczew? Że Rosja nie podlega ziemskim prawom. Możecie sobie gadać, ile chcecie, o integralności terytorialnej, suwerenności, prawach człowieka. Was to być może dotyczy. Nas nie! Bo my jesteśmy absolutnie czymś innym - mówi dziennikarz tygodnika "Polityka" Paweł Reszka, który wydał właśnie książkę "Stolik z widokiem na Kreml".

W Y W I A D:

"Anna KALITA- Będę cię pytać, co według ciebie siedzi w głowie Władimira Putina i jakie są jego plany, ale zacznijmy od twojej zawiedzionej miłości. Miłości do Rosji, a szczególnie do Moskwy.

Paweł RESZKA - Moskwa mnie oczarowała od pierwszego wejrzenia. Miałem swoją Moskwę, składającą się z ulubionych miejsc, i rosyjskich przyjaciół. Jeden z dziennikarzy obruszył się, kiedy stwierdziłem, że nasze niekończące się rozmowy o życiu przy kieliszku to było dolce vita. Tak właśnie było!

- Po tym, co zobaczyłeś w Buczy, napisałeś: "Dla mnie Rosja popełniła samobójstwo. Gdyby nie była martwa, musiałaby przynajmniej zapłakać". Dlaczego twoja ukochana Moskwa nie płacze? Najłatwiej byłoby powiedzieć: bo nie ma pojęcia, co się dzieje na tej wojnie.

Ja w to nie wierzę. To, że Putin to KGB-ista i morderca, to wiemy nie od czasu Buczy. To, że większość Rosjan uważa, że to, co robi Putin, jest w porządku, też wiemy nie od Buczy. Ale jak nagle znajdujesz się w miejscu takim jak Bucza, a twoi rosyjscy przyjaciele milczą?! Nigdy dotąd czegoś takiego nie doświadczyłem, chociaż wcześniej w kilku miejscach na świecie armię rosyjską widziałem. Wszystko, co zobaczyłem w Buczy, opisywałem na Facebooku, a moje teksty tłumaczyło na rosyjski i zamieszczało na stronie internetowej Radio Swoboda. Trudno byłoby założyć, żeby ktokolwiek z moich przyjaciół mógł nie wiedzieć, co się tam stało. Bucza przeraziła mnie podwójnie: tym, co widziałem, i tym, że telefon milczał.

- W końcu ty zadzwoniłeś do jednego z przyjaciół, ale nie chciał rozmawiać. Jego żona powiedziała: "Jest zajęty. Ogląda piłkę nożną". Jeżeli wiedzą, druga odpowiedź na pytanie, dlaczego nie płaczą, jest taka, że nic ich to nie obchodzi. Mówię teraz już nie tylko o twoich przyjaciołach, ale generalnie o Rosjanach.

Możliwych odpowiedzi może być wiele. Pewnie jedni stosują mechanizmy wyparcia, a inni wierzą – lub chcą z różnych względów wierzyć – w propagandę. Prawda jest taka, że Rosjanie nie zmienili się nagle w nocy z 23 na 24 lutego 2022 roku…

- Rosyjskie zło nie zaczęło się przecież wtedy. Lata wcześniej była Czeczenia…

…Syria, rebelia separatystów na Donbasie czy zestrzelenie malezyjskiego samolotu pasażerskiego. Mnóstwo się działo rzeczy, które mówiły, że reżim Putina ma ręce we krwi.

- W książce wspominasz, jak dostajesz pytanie od Czeczena, który miał na imię Ahmed: "Jak mogliście pozwolić na coś takiego? Jak mogliście się znudzić, patrząc na ludobójstwo?". Prawda jest taka, że po 11 września świat uznał, że Putin walczy tam z terroryzmem, i wolno mu było robić wszystko.

To jest bardzo ważny czynnik! Co się stało z Rosjanami, którzy kiedyś mieli normalne, demokratyczne poglądy? Z ludźmi, którzy pracowali w liberalnych mediach i zawsze mi się kojarzyli z naszymi opozycjonistami końca lat 80.? Dlaczego z roku na rok coraz mniej w tych swoich pisemkach relacjonowali, co robi Putin? A w końcu spora część z nich przeszła np. do propagandowej telewizji.

- Dlaczego?

Weźmy Sergieja Kowaliowa. Intelektualistę, więźnia sowieckich łagrów. Kowaliow jeździł do Czeczenii i donosił o okropnościach, których się tam dopuszczała rosyjska armia. Mainstream – stopniowo, rok po roku – zrobił z niego zdrajcę i półwariata. Jednocześnie ci wszyscy "normalni ludzie", którzy czytali o zbrodniach dziejących się w Czeczenii, obserwowali, jak do Putina ustawiają się kolejki możnych tego świata, którzy chcą mu przybić piątkę. No! Albo to jest zbrodniarz, jak go opisał Kowaliow, albo to jest gość, z którym można robić interesy! Prezydenci Francji i USA, i kanclerz Niemiec – cały Zachód jeździł do Putina. 

Mówiło się, że gaz i ropa to nie jest polityka, tylko czysty biznes. Wspomniałaś o 11 września. George Bush potrzebował wtedy baz wojskowych w pobliżu Afganistanu, a Putin na to: Służę uprzejmie. Prezydent USA stwierdził, że prezydent Rosji to otwarty i prostolinijny facet. Co rusz ktoś dostrzegał w oczach Putina coś naprawdę obiecującego, podczas gdy w tych oczach od początku był oficer zbrodniczej formacji, który został przez KGB wychowany i który działa KGB-owskimi metodami. Władimir Putin wierzy w siłę i jest w stanie ustąpić tylko przed siłą. Każde ustępstwa, negocjacje, przymilanie się uważa za słabość. 

Nie ma się co czarować. Jeśli Zachód wolał przybijać piątkę z Putinem, który jest zbrodniarzem, ale ma pieniądze, a nie z Sergiejem Kowaliowem, który był przyzwoity, który przeszedł przez łagry, to w jakimś sensie ten właśnie Zachód hodował sobie tego potwora. Rodzące się rosyjskie społeczeństwo obywatelskie patrzyło na to przez dziesięciolecia, ale ja ich nie chcę tłumaczyć! Pewnych rzeczy nie da się wytłumaczyć. Aczkolwiek mechanizm – wydaje mi się – był właśnie taki.

- Tuż po wybuchu wojny w Ukrainie Ewa Ewart powiedziała, że nikt nie wie, co siedzi w głowie Putina. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć jego poczynań, ponieważ jest niepoczytalnym psychopatą?

Wydaje mi się, że Putina należy zdekodować jako oficera służb, który działa na zasadzie: zobaczę, na ile mi pozwolą. Co się działo po Gruzji? Obłożyliśmy Rosję sankcjami, a potem wszystko wróciło do normy. Aha, czyli można! No to weźmiemy sobie Krym. Znowu: Zachód obłożył go sankcjami, a potem znowu wszystko wróciło do normy. Więc poszedł dalej.

Myślę, że Putin wie, co robi, a nas uważa za totalnych frajerów, którzy nie potrafią się przeciwstawić. Jednym z ulubionych bohaterów historycznych Władimira Putina jest Iwan Groźny Rurykowicz, który dostawał bęcki od Stefana Batorego, a który totalnie nie rozumiał, jak ten Batory śmie traktować go, jakby byli na równi. Przecież mnie – mówił Iwan Groźny – wyznaczył Bóg, a Batorego wybrali jacyś tam Polacy! Putin uważa tak samo. On jest wielkim i wiecznym prezydentem Rosji!

- Którego 17 marca naród wybierze na kolejną kadencję.

Tak jest. On w ogóle nie rozumie, że taki Biden raz na jakiś czas musi się przymilać wyborcom. Moim zdaniem był też mocno zdziwiony, że jego kumpel Berlusconi, z którym jeździli na bunga bunga, taki fajny gość, nagle przestał być prezydentem Włoch. Jak to? To jest zupełnie inne myślenie. Jestem ja, Władimir Władimirowicz, jest przywódca Chin…

- …i Korei Północnej.

To jest zrozumiałe. A w Europie co? Jakiś Polak rządził tą całą Unią Europejską, a teraz jakaś Niemka? Z kim tam się gada w ogóle? Putin, jak Iwan Groźny, mówi: Mam misję! My jesteśmy trzecim Rzymem! A wy jesteście leszcze. Rozmawiając o Rosji i Rosjanach, nie da się uciec od wiersza Fiodora Tiutczewa "Rosji nie da się objąć rozumem". Każde dziecko w Rosji go zna na pamięć. O czym mówi Tiutczew? Że Rosja nie podlega ziemskim prawom. Możecie sobie gadać, ile chcecie, o integralności terytorialnej, suwerenności, prawach człowieka. Was to być może dotyczy. Nas nie! Bo my jesteśmy absolutnie czymś innym.

- Nadczłowiekiem Nietzschego?

Nadpaństwem, któremu wszystko wolno. Jak Rosja kogoś zaatakuje, to ma prawo oświadczyć: My się tylko bronimy, bo to państwo chciało nas zaatakować, jeżeli nie teraz, to na pewno w przyszłości. Wszystkie wojny, jakie prowadzi Rosja, to są "wojny obronne"! Putin ma obsesję bycia zapisanym w encyklopedii jako ten, który powiększył Rosję. W trakcie wojny w Ukrainie doszedłem do wniosku, że w stu procentach słuszna jest metafora braci Strugackich [Arkadij Natanowicz Strugacki i Boris Natanowicz Strugacki – rosyjscy pisarze science fiction – przyp. red.], że Rosja to zła planeta, która się syci innymi planetami i chce wchłonąć cały wszechświat!

Rosja nigdy nie "będzie bezpieczna"! Kiedyś obowiązywała narracja, że musi zająć Kaukaz, żeby się umocnić na tych górach, ale jak już zajęła Kaukaz, to się okazało, że to nie wystarczy. Że potrzebna jest jeszcze strefa buforowa. Z jednej strony będzie Ocean Spokojny, z drugiej Atlantycki? To Rosjanie powiedzą: A co z Indyjskim? To się nigdy nie skończy. Zniszczenie, jakie wojsko rosyjskie zostawia po sobie w Ukrainie, skojarzyło mi się właśnie z powieścią braci Strugackich. Niby science fiction, ale mocno oddaje rosyjskiego ducha. To się wymykało ludzkiemu pojęciu! Byłem w miejscach, w których tuż przede mną byli oni.

- Czyste zło?

Tak. Myślę, że to była część strategii. Kiedy Rosjanom przestało iść na froncie, pomyśleli, że jak będą mordować, gwałcić i grabić, to zastraszą Ukraińców, a ci odwrócą się od tego "nazistowskiego rządu Zełenskiego".

- O żołnierzach rosyjskich piszesz, że w czasie pokoju Rosja niewiele ma im do zaoferowania, za to na wojnie daje dobry żołd, a do tego można kraść. Cytujesz jednego z nich, który mówi: "Na wojnie nie ma miejsca na szlachetność".

Pamiętaj, że Moskwa czy Petersburg nie chodzą na te wojny. Wojuje prowincja: Kałmucja, Dagestan. To zbyt daleko, by Moskwa usłyszała płacz żon czy matek. Nawiasem mówiąc – co jest potworne – te kobiety dostają jakieś pieniądze od państwa, próbuje się je przekupić, żeby nie pamiętały o swoich mężach, braciach, synach. Moim zdaniem Rosja zapłaci za tę wojnę gigantyczną cenę moralną. Przecież Rosjanie werbują do wojska kryminalistów!

- Dostają do wyboru: albo dalej siedzieć, albo iść na wojnę.

A każdy, kto zna rosyjski system penitencjarny, wie, że nikt tam nie chce siedzieć. Już lepiej iść na niemal pewną śmierć. Opowiadam ci teraz historię z życia wziętą: facet zgwałcił i zamordował kobietę, dostał karę więzienia, poszedł do wojska, a teraz wraca do swojego miasteczka w mundurze jako bohater Rosji! A kiedy na ulicy spotyka męża i syna tej zamordowanej kobiety, oni muszą mu powiedzieć "dzień dobry, panie bohaterze". I tak mówią, ponieważ się go boją, bo on w tym kraju może wszystko. 

Albo chowają mordercę twoich rodziców na cmentarzu tuż obok nich. Jako bohatera, któremu należy się cześć. A swoją drogą: ma fart, że ktoś postanowił przywieźć do kraju jego ciało i je pochować. Ile swoich trupów Rosjanie porzucają w Ukrainie! Ukraińcy mi często mówili, że przechwytują tereny po Rosjanach, w okopach widzą trupa na trupie – stare, gnijące zwłoki – dzwonią do tamtych i słyszą: Nie chcemy ich, nie są nam do niczego potrzebni.

- Krystyna Kurczab-Redlich opowiadała mi, że trupów z Czeczenii też Rosjanie nie chcieli zabierać. "Zginęły tysiące rosyjskich żołnierzy. Ich ciała często zrzucano ze śmigłowców do wąwozów Kaukazu, żeby zmniejszyć liczbę poległych i nie wypłacać odszkodowań rodzinom" – opowiadała.

Krystyna wszystko to widziała i opisała. Moim zdaniem po czymś takim społeczeństwo nie może funkcjonować, jakby się nic nie stało. W sensie moralnym trzeba za to zapłacić. Kobieta nie może mówić swojemu mężowi: Ty tam gwałć, ile chcesz, tylko żebyś to robił w prezerwatywie, żebyś mi jakiegoś choróbska nie przyniósł do domu.

- Mówisz o SMS-ach, które nagłośniła strona ukraińska. O samej wojnie napisałeś tak: "Putin zawsze atakuje, jak chce poprawić sobie notowania. Gdyby Ukraina stała się Zachodem, Rosjanie mogliby zacząć zadawać niewygodne pytania: ‘Dlaczego oni, a nie my?’". Wśród czynników tłumaczących rosyjską bierność wymienia się biedę. Jak dziś żyją Rosjanie na prowincji?

Byłem w miejscach, gdzie zimą do trzeciego czy czwartego piętra w bloku był lód. Bo na klatce schodowej nie ma ogrzewania, a na parterze zalega pół metra śniegu, którego nikt nie sprząta. Natomiast nie jest to taka bieda, że ludzie nie mają co do gara włożyć, jak było w czasach Borysa Jelcyna. Dlatego właśnie u wielu Rosjan asocjacja z demokracją to jest wiecznie pijany prezydent i totalna bieda. Natomiast czasy Putina to są pewne pensje dla budżetówki i emerytury, za które się wykarmisz.

Co nie znaczy, że to jest normalne państwo! W Rosji obywatel tak naprawdę nie znaczy nic. Byle milicjant może ci zniszczyć życie. Nagle się okaże: Jak to? Twierdzi pani, że milicjant wymagał od pani łapówki, tak? Za przekroczenie prędkości? Ale przecież pani jest handlarką narkotyków. Proszę pokazać torebkę. Jak to pani nie chce pokazać torebki? To rewizja osobista. Proszę: kilogram heroiny u pani znaleźliśmy. Zobaczymy, co teraz z panią będzie. Tak to działa. To jest Rosja. A jednocześnie raduje cię, że twoje państwo się powiększa! Że Rosja będzie od oceanu do oceanu! Aberracja.

- Aberracja to byli fizycy jądrowi pracujący w gułagach nad bombą termojądrową, którą ich ZSRR mógłby wreszcie wykończyć znienawidzone imperialistyczne Stany Zjednoczone!

Zesłani do łagrów naukowcy nie machali łopatami na mrozie, tylko siedzieli w specjalnych miejscach – nazywało się to szaraszki – i sumiennie pracowali ku chwale Związku Radzieckiego. Doskonale pamiętam dzień – było to ćwierć wieku temu, ostrożnie licząc – w którym wysiadłem z pociągu na Kutuzowskim Prospekcie. Czekałem na metro i ciągle się zastanawiałem nad tymi fizykami, o których właśnie czytałem w "Archipelagu GUŁag" Aleksandra Sołżenicyna. Jak to możliwe, że oni się nie buntowali, tylko dalej pracowali ku chwale tego kraju? – myślałem. Obiecałem sobie, że znajdę odpowiedź na to pytanie. I co ci mogę dziś na ten temat powiedzieć? Wariaci! Wciąż tego nie rozumiem.

- Społeczeństwo żyje mitem wielkiej wojny ojczyźnianej. Piszesz, że 9 maja w powietrzu unosi się "zapach imperium". Defilada musi być imponująca, dlatego władze są gotowe dosłownie przeganiać chmury. A ludzie przychodzą tłumnie. "Nikt nikogo nie zmusza. Wódka. Zakąska. Śpiew".

Ależ oczywiście: dziewczynki z kokardkami we włosach i chłopcy pod krawatami biegają za weteranami, których przybywa. Teraz ci wszyscy mordercy i gwałciciele również chodzą ubrani w galowe mundury i 9 maja jest także ich świętem. W końcu oni też z faszystami walczyli. W Buczy. Wielu z tych "faszystów" tam zostawili. Z powiązanymi z tyłu rękami. W masowych mogiłach.

- Twoja Moskwa nie płakała po Buczy, natomiast do mauzoleum Włodzimierza Lenina wciąż ustawiają się kolejki. I znowu – nikt nikogo nie zmusza, by w nich stał.

Lenin jest wiecznie żywy! Zwróć uwagę, że miejsce, w którym – bezpośrednio czy na raty – zamordowano Aleksieja Nawalnego, czyli kolonia karna "Wilk polarny", w przeszłości było częścią archipelagu Gułag. To tak, jakby w Polsce zorganizować więzienie dla politycznych na Majdanku! Tam powinno być muzeum! Tam się powinno płakać!

- Kolejny płacz, którego nie ma!

Władimir Putin powiedział, że upadek ZSRR to była największa katastrofa w historii tego kraju. Do Lenina stoją kolejki, bo on symbolizuje tę część historii, z której Rosjanie są dumni. Co jest dziwaczne, bo przecież kiedy się Związek Radziecki rozpadał, widzieliśmy inną Rosję. Ludzi stojących w kolejkach do wystaw Memoriału, żeby się dowiedzieć, co się w tym totalitarnym państwie działo! Żeby zdobyć dokumenty. To byli Rosjanie, którzy przez chwilę przestali się bać. Gdzie oni teraz są?

- Żeby oddać sprawiedliwość, piszesz, że grupka niepokornych regularnie się zbiera pod pomnikiem Aleksandra Puszkina.

Ta grupa jest w defensywie. Kiedyś za udział w demonstracji można było dostać pałą, a teraz iść na lata do łagru. Nie chcę nikogo usprawiedliwiać, ale każde wyjście na ulicę jest w Rosji aktem dużej odwagi. Oleg Orłow, współzałożyciel Memoriału, poszedł na dwa i pół roku siedzieć za tekst, w którym wojnę w Ukrainie nazwał wojną. Ludzie dostają wyroki za posty na Facebooku. To państwo jest totalitarnym potworem.

- Dlatego można by powiedzieć: nie wychylają się ze strachu. Każdy chce żyć.

Tylko że ja mam przed oczami mieszkańców Chersonia, który był pod rosyjską okupacją. Ci ludzie gołymi rękami odpychali czołgi! A Rosjanie lepili wtedy figurki z plasteliny, którym wsadzali w małe rączki karteczki z napisem "Nie dla wojny" i sadzali je np. na przystankach autobusowych. Trochę mi to przypominało bohaterstwo ludzi, którzy piszą w kiblu "kaowiec jest głupi". 

Moja książka jest gorzka. Pierwszy rozdział pisałem tuż po powrocie z Buczy. Cały przesiąknięty jest Buczą. Dla niektórych rzeczy nie może być usprawiedliwienia. Jak widzisz, że za murem mordują i gwałcą ludzi, to nie możesz odwracać wzroku i bawić się na karuzeli. Od nikogo nie wymagam bohaterstwa, tylko elementarnej przyzwoitości.

- Słuchając cię, można dojść do wniosku, że to jakaś wojna światów. My i oni.

Nie, nie! Ktoś mnie zapytał, czy są dobrzy Rosjanie. Odpowiedziałem: są dobrzy i źli ludzie.

- A ponieważ poszukujemy argumentów, dlaczego część osób popiera wojnę, to można do tego dorzucić korzyści finansowe. Na wojnie wiele osób zarabia.

O tak! Z całą pewnością Rosja może wyjść na tym nie najgorzej. Gospodarka została przestawiona na produkcję wojenną, więc część osób się bardzo bogaci. Państwo zaczęło wspierać i rozwijać własne rolnictwo i przemysł jako taki i to też dla wielu obywateli jest na plus. Wielu ludzi się na tej wojnie bezpośrednio lub pośrednio dorabia. W listopadzie 2021 roku aprobata dla działań Władimira Putina wynosiła 65 proc., dezaprobata – 35.

- A teraz?

W lutym 2024 – aprobata 85 proc.! Niektórzy twierdzą, że badania opinii publicznej prowadzone w państwie totalitarnym są nic niewarte, jednak ja uważam, że można się nie zgadzać co do cyferek, ale trendy widać gołym okiem. Jak jest wojna, to Putinowi rośnie.

- Co będzie dalej?

Myślę, że albo się Putina zatrzyma na Ukrainie, albo będziemy musieli go zatrzymywać gdzieś dalej. Myślę, że on sam się nie zatrzyma. A powiem ci, co widziałem trzy tygodnie temu na froncie: średnia wieku w okopach – 40 plus,  amunicji nie ma, nastroje minorowe. Przez dwa lata Ukraińcy żyli dumą, że udaje im się bronić kraju, ale przyszła proza życia. Rosjanie są coraz silniejsi. Czas gra na ich korzyść. Awdijiwka wcale nie musiała paść! Tam zabrakło amunicji. Trzeba dostarczać broń na Ukrainę, co do tego nie ma wątpliwości. Jeżeli Putin do nas przemawia bandyckim językiem…

- Ostatnio znowu straszył wojną atomową…

Może powinniśmy mu odpowiedzieć? Zachód też ma go czym postraszyć. Porażka Rosji na tej wojnie mogłaby być dla Rosji bardzo oczyszczająca. Mogłaby zachwiać reżimem Putina i być może obudzić inną Rosję. Tę, która stała w kolejkach, by zobaczyć wystawy Memoriału.

- A kiedy obserwujesz dyskusję: będzie wojna czy nie będzie wojny w Europie, to co myślisz?

Że to jest zdrowy strach. Najgorsza jest bierność, ślepa wiara, że to nigdy nie nastąpi. Myślę, że mieszkańcy Charkowa pukali się w głowę: Jaki Putin na nas napadnie? Przecież ja w Rosji mam brata! Jak się będziemy bali, to się będziemy przygotowywali, zbroili, a to nas może paradoksalnie przed wojną uchronić."

                            Reszka mówi, że najnowszą książkę pisał całe życie. Gala Grand Press. 2022 rok 

                            (Fot. Dawid Żuchowicz / Agencja Wyborcza.pl)

*Paweł Reszka. Dziennikarz tygodnika "Polityka". Korespondent wojenny (m.in. w Gruzji i Ukrainie), autor bestsellerowych książek. Współpracował z "Rzeczpospolitą" jako korespondent w Moskwie, był szefem działu śledczego w "Dzienniku", pisał dla "Tygodnika Powszechnego" i "Newsweeka Polska". Jego najgłośniejsze książki to m.in. "Mali bogowie. O znieczulicy polskich lekarzy", "Chciwość. Jak nas oszukują wielkie firmy", "Czarni". Dwukrotny laureat prestiżowej Nagrody Radia ZET im. Andrzeja Woyciechowskiego (2010 i 2022). Otrzymał również Nagrodę Specjalną Radia ZET "Dziennikarz Dekady" (2019). Był wielokrotnie wyróżniany i nagradzany w konkursie Grand Press. 

wtorek, 12 marca 2024

Z i o b r o - brudna polityczna przeszłość

"Prokuratura Regionalna w Katowicach umorzyła prawomocnie postępowanie w sprawie Agnieszki Pilarczyk, stwierdzając, że jej decyzje "nie zawierały znamion czynu zabronionego". Innymi słowy – nie popełniła ona żadnego przestępstwa".

Pani sędzia Agnieszka Pilarczyk: "To było celowe działanie, by trzymać mnie w niepewności, forma ukarania mnie i szukania czegokolwiek na mnie".

No więc co (?), chyba mamy koniec śledczego sitcomu, trwającego 16 lat, pt. Zbigniew Ziobro contra reszta świata, szczególnie świata lekarskiego. Czyli skończyło się prześladowanie sędzi, która ośmieliła się badać śmierć ojca Ziobry. Śledztwo umorzono prawomocnie. Kropka. Ten fakt potwierdziła   Prokuratura Regionalna w Katowicach, że "śledztwo w sprawie sędzi Pilarczyk, która uniewinniła lekarzy Jerzego Ziobry, zostało umorzone". 

„To śledztwo było próbą wywarcia nacisku na mnie, bym przemyślała decyzje, jakie podejmowałam wówczas w procesie. Czułam się prześladowana przez własne państwo” – wypowiedź w „Gazecie Wyborczej” sędzi Agnieszki Pilarczyk z Sądu Rejonowego dla Krakowa-Śródmieścia.

Przez ostatnie siedem lat Prokuratura z Katowic ścigała panią sędzię po tym, jak w lutym 2017 roku ośmieliła się uniewinnić lekarzy leczących Jerzego Ziobro, ojca Zbigniewa Ziobry. Z „Gazety Wyborczej” wiemy, że śledczy "umorzyli postępowanie przeciwko Pilarczyk, przyznając, że nie było do niego podstaw". Kto doniósł na sędzię? Odpowiadam - matka Z. Ziobry, Krystyna Kornicka-Ziobro, które to doniesienie prokuratura otrzymała pod koniec stycznia 2017 roku, niedługo przed zapadnięciem wyroku w sprawie lekarzy. 

"Pretekstem do śledztwa była opinia biegłych sporządzona dla sądu, której koszt wyniósł 372 tys. zł. Śledczy z Prokuratury Regionalnej w Katowicach uznali to za rażąco zawyżoną cenę".

Przez lata prokuratorzy, nie wiadomo z jakiego powodu, nie informowali czym właściwie się zajmują. Nie przesłuchali też samej pani sędzi Pilarczyk. Dopiero niedawno, gdy doszło do zmiany władzy w październiku ubiegłego roku wpadli na to, że dalsze kontynuowanie postępowania jest bezpodstawne, ponieważ - uwaga - pani sędzia nie złamała sprawa. Postanowiono więc je umorzyć... prawomocnie.

Nie wiemy zatem kto jest winny śmierci ojca Z. Ziobry. Pytanie - czy w ogóle ktokolwiek JEST winny tej śmierci? Śmierci, według opinii lekarskiej, spowodowanej niewydolnością serca (2006r. Klinika Uniwersytecka Kraków). Już miesiąc później rodzina Ziobrów złożyła do prokuratury swoje pierwsze zawiadomienie o swoich podejrzeniach, ale sprawy nie przyjęto. Rodzina nie poddała się, a szczególnie sam Ziobro , który wykorzystując swoje stanowisko ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego, wykorzystywał wszelkie narzędzia, by utrudnić życie lekarzom. 

Wreszcie po latach, w lutym 2013 r. ruszył proces, a w lutym 2017 r. pani sędzia Pilarczyk uniewinniła lekarzy, którzy zgodnie ze sztuką ratowali życie Jerzego Ziobro. W uzasadnieniu wyroku czytamy, że "nie  znalazła związku między decyzjami medyków, a śmiercią ojca Ziobry". Nie stwierdziła też błędu medycznego, a powikłania, które pojawiły się u pacjenta w trakcie i po zabiegu oceniła jako "niepowodzenie lecznicze mieszczące się w granicach przyjętego ryzyka”. Prokuratura oglądała z każdej strony dokumentację medyczną tudzież opinie biegłych, wydane na potrzeby procesu, przypomnę - kosztowały skarb państwa 370 tys. zł. 

Historia jednak miała swój dalszy ciąg. Pod adresem jednego z biegłych lekarzy wytoczono zarzuty. Szpital oskarżono o "niegospodarność i fałszowanie dokumentacji medycznej". I wisienka na torcie - Prokuratura Krajowa uczepiła się też pani sędzi Pilarczyk o to, że rzekomo pani sędzia "pobierała zbyt wysokie wynagrodzenie i przekroczyła uprawnienia". A zawiadomienie na panią sędzię złożyła znowu matka ministra, Krystyna Kornicka-Ziobro. Kobieta nie odpuszczała jak widać.

Sędzia Pilarczyk swoje przeżyła. Poddawana dużej presji ze strony rodziny Ziobrów i prokuratury walczyła o swoje dobre imię. Trzeba jednak zaznaczyć, że Ziobrowie odwołali się od wyroku uniewinniającego lekarzy. Proces trwa. Ale żeby tego nie było za mało, to znowu należy przypomnieć, że w 2016 roku Kornicka-Ziobro złożyła skargę do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka "na błędy w śledztwie". Po sześciu latach, czyli w październiku 2022 roku tenże Trybunał orzekł, że "polskie państwo wyjaśniało sprawę śmierci Jerzego Ziobry dogłębnie na każdym etapie postępowania".

Z. Ziobro, mimo wysiłków przegrywa w Strasburgu sprawę śmierci swojego ojca. Trybunał jasno i wyraźnie stwierdził, że sądy krajowe udzieliły skarżącym "odpowiedzi opartych na dogłębnej ocenie i wyjaśniły wydarzenia związane z rzekomym błędem medycznym". Sąd również jasno i wyraźnie stwierdził, że lekarze nie popełnili błędu medycznego. Nie było to przestępstwo karalne, a "niepowodzenie lecznicze mieszczące się w granicach przyjętego ryzyka”.

"Sam fakt, że postępowanie dotyczące zaniedbań medycznych zakończyło się niekorzystnie dla zainteresowanej osoby, nie oznacza, że pozwane Państwo uchybiło swojemu pozytywnemu obowiązkowi wynikającemu z Artykułu 2 Konwencji" - podsumowywał Trybunał. Kropka.

Czy w tej konkretnej sprawie historia rodziny Ziobrów się skończyła? Czas pokaże. Na razie sam Z. Ziobro jest w zdrowotnych tarapatach, podobno walczy oddając swoje życie w ręce lekarzy właśnie. Nie zazdroszczę im, wszak wiedzą z kim mają do czynienia. Ciekawość mnie jednak tak po ludzku zżera, czy temu byłemu królowi życia uda się wyrwać ze szponów (jak donoszą, śmiertelnej, bo niby są już przerzuty) choroby? Czy wróci do politycznego życia? 

A jeżeli tak, to... (?)


Obrazy: *Rzeczpospolita *Internet 

niedziela, 10 marca 2024

Byliśmy... jesteśmy... będziemy...

Trafiłam na bardzo ciekawy i jednocześnie kontrowersyjny wywiad z Adamem Leszczyńskim ("Ludowa historia Polski" - 2020) , w którym dowiadujemy się, jakim jesteśmy społeczeństwem, jakie są tego przyczyny i czy można wpłynąć na nas tak, byśmy we własnym interesie wreszcie zrozumieli, że plemienne wojenki jakie ze sobą toczymy od lat, nie pomagają a tylko nam szkodzą. Jako historyk ma cywilną odwagę wywalić nam prawdę prosto w oczy. Nie krępuje się gdy wyjaśnia to, co się tu i teraz w polskiej polityce dzieje i dlaczego nierozerwalnie złączone jest to z naszą przeszłością. Określa też nasz odwieczny narodowy charakter, używając przy tym  kluczowych słów:

                              polaryzacja, dwuplemienność, hipokryzja.

Współcześni obserwatorzy polskiej polityki, znający średnio polską Historię, czytając poniższy wywiad mogą się nieźle zdziwić, mogą też wyrobić sobie nowe zdanie bardzo różniące się od poprzedniego, mogą również zgodzić się z każdym słowem autora. Jakakolwiek będzie Wasza reakcja, ważne, że treść wywiadu jest kwintesencją nas samych, to obraz/przekrój polskiego społeczeństwa, które z uporem maniaka wciąż trwa przy najgorszych swoich cechach, bez względu na to, cokolwiek by się działo. Jesteśmy jako naród nie do podrobienia. To co nam nie pasuje, potrafimy zakłamywać albo po prostu wypierać z pamięci.

Dla własnej wygody wolimy słuchać narodowych elit. Tak było zawsze. Tak jest teraz. Wciąż w wielu Polakach tkwi tzw. syndrom poddaństwa, wciąż lubujemy się w różnorakich ideach głoszonych przez elitarną mniejszość, bez końca gadamy o równości i wolności i nie zważamy, że świat wciąż nas wyprzedza. Tacy byliśmy, tacy jesteśmy i najpewniej już takimi zostaniemy. 

No, ale oddajmy głos bohaterowi tego posta:

C y t a t y:

1. "Zawiodą się wszyscy, którzy marzą o powrocie dawnych spokojnych czasów, że teraz Platforma przywróci u nas liberalną demokrację. Guzik. Nic nie przywróci. Żyjemy już w innym systemie, w którym władza wykonawcza wzmocniła się kosztem innych władz, o wszystkim decyduje ten, kto może wprowadzić stan wojenny (…) Pojednania nie będzie. Rację ma ten, kto ma policję".

2. "System polityczny w Polsce zmienia się w coś nowego. Upadła proceduralna demokracja z trójpodziałem władz, którą sobie importowaliśmy z Zachodu po 1989 roku. Nie naprawi jej już Tusk ani nikt inny. Ten system się zawalił pod naporem skrajnej polaryzacji, bo nie został zaprojektowany do sprawnego funkcjonowania w takich warunkach. On wytrzymuje konflikt polityczny do pewnego punktu wrzenia, a potem instytucje liberalnej demokracji stają się wydmuszkami.(…)

3. "Dlaczego polska polityka jest tak bardzo toksyczna (…) ciężko ten poziom eskalacji wytrzymać, że on jest zły, szkodliwy i nieznośny. Uważają tak również ludzie, którzy na całego biorą udział w politycznej bitwie.(…)

4. "Chciałbym, żebyśmy o jednym pamiętali: to nie jest nowe. To jest stary polski podział na dwa plemiona oświeconych i tradycjonalistów. (…)

"Nie czas żałować róż, gdy płoną lasy. Żeby zrobić jajecznicę, trzeba zbić jajka i tak dalej. To jest to myślenie. I ono od trzystu lat napędza polaryzację, bo ludziom po obu stronach wydaje się, że walczą o rzeczy najświętsze i jedyne.

Głosowałem 15 października na obóz demokratyczny i cieszę się, że on wygrał. Ale jednak uderza mnie absolutna nieumiejętność obu stron – również mojej – żeby popatrzeć z pewnej perspektywy na swoje stanowiska. Wszyscy są tak zaangażowani, że nie widzą niczego poza własną prawdą. Są na krucjacie, na wojnie. Czytam naszą gazetową publicystykę: to jest ostateczny bój o sprawiedliwość, nie należy krytykować nowego rządu, bo on walczy z hydrą. 

Niedawno trafiłem na tekst, że nie wolno poganiać rządu w sprawie aborcji, bo mają teraz inne ważniejsze problemy. I wśród komentarzy pod tekstem ludzie pisali: rząd odzyskuje Polskę z rąk PiS-u, nie wolno przeszkadzać, nie wolno się czepiać. Tak samo w kwestii traktowania imigrantów na granicy polsko-białoruskiej: to nie jest teraz najważniejsze, nie czepiaj się, nie czas, żebyśmy robili jakieś rozkminki i wzniecali wątpliwości, siedź cicho, nie przeszkadzaj, przecież tamci z PiS-u wciąż niszczą kraj, a jak masz wątpliwości, co do metod rządu, to je zostaw dla siebie. Jeszcze tylko brakuje cytatu z Mao, który tu pasuje: rewolucja to nie jest proszona kolacja.

- Bo nie jest. (GS)

Jeżeli popatrzymy na to z pewnej perspektywy, to ten rodzaj polaryzacji i ten rodzaj podziału częściej występował w polskiej historii niż nie występował. W 20-leciu międzywojennym duża część liberalnej i lewicowej opinii publicznej poparła zamach stanu Piłsudskiego, byle tylko prawica nie zdobyła władzy. Do dzisiaj czytam argumenty broniące zamachu majowego, że - owszem - Piłsudski zawiesił demokrację na kołku, to nie było może miłe, ale inaczej zrobiłaby to endecja po wygranych wyborach lub po zamachu stanu. Endecja bez wątpienia była wtedy najsilniejszym ugrupowaniem politycznym, a czy by zrobiła zamach stanu, czy nie - tego nie wiemy. W każdym razie działała taka oto zasada: dyktatura jest lepsza niż rządy przeciwnika politycznego. I obie strony tak uważały.

- Bo przeciwnik jest jak okupant?

Jest gorszy. Endecy, kiedy wojska bolszewickie stały pod Warszawą, co prawda weszli do rządu jedności narodowej, bo inaczej już nie można było się zachować, w czasie wojny jednak prasa endecka cały czas strzelała w Piłsudskiego, że jest agentem bolszewickim i zdrajcą. Nie przestali tego wypisywać nawet wtedy! Takie są polskie postawy z przeszłości i one nie wygasają. Dlatego jak ktoś się dziwi, że nawet zagrożenie z zewnątrz - a przecież teraz też grozi nam Rosja - nawet to nie jest w stanie osłabić konfliktu wewnętrznego, to niech sobie poczyta historię. 

Obca inwazja niewiele w sprawie polaryzacji zmienia. Sanacja upadła w 1939 roku razem z Polską, a późniejszą ciemną kartą w naszej historii okupacyjnej były rozliczenia polityczne prowadzone już na emigracji. Przedwojenna opozycja wzięła na emigracji rządy i dawnych sanacyjnych ministrów traktowała jak zdrajców, a generał Sikorski wysyłał przeciwników politycznych bez żadnego sądu do obozu na Wyspie Węży. Bo pamiętano im zamordyzm, proces brzeski, Berezę i te wszystkie represje. Pamięć o dawnych wzajemnych ranach okazała się ważniejsza niż II wojna światowa.

- Czyli polaryzacja to istota polskości?

Tak, chociaż nie tylko my mamy z nią problem i nie tylko my żyjemy w cieniu sporu dotyczącego fundamentalnych kwestii cywilizacyjnych. Ten spór jest po pierwsze realny, a po drugie - siły są dość wyrównane. Nic tego nie przerwie, nic tego nie przekreśli, dopóki któraś strona nie wygra do końca i nie zmarginalizuje drugiej. Po 1989 roku na całym Zachodzie mieliśmy trzy dekady liberalnego konsensusu, za którym wszyscy tęsknią, żeby znów było miło, ale ten spokój opierał się na dominacji jednego nurtu: politycznego centrum od socjaldemokracji do chadecji. Przeciwnicy byli słabi i zmarginalizowani. 

I to pękło. Nie tylko u nas. Instytucje liberalnej demokracji – na przykład zasada checks and balances – były zaprojektowane tak, żeby trzymać konflikt w ryzach, ale to dobrze działało tylko do pewnego poziomu polaryzacji. Moi liberalni przyjaciele i znajomi mylą się, że to jest tylko problem zaprojektowania tych instytucji, że wystarczy teraz na nowo powołać Trybunał Konstytucyjny, Sąd Najwyższy i to znów zacznie działać. To nic nie da. Bo w warunkach skrajnej polaryzacji w polityce nie możesz zaprojektować instytucji w taki sposób, żeby zdeterminowany przywódca, który ma poparcie społeczne, ich nie wywrócił.

- Nie da się tak napisać na nowo prawa, żeby PiS lub ktoś inny po odzyskaniu władzy za ileś lat ich nie przejął?

Jak PiS odzyska władzę - może się inaczej nazywać, może to być nawet PiS bez Kaczyńskiego - to będzie robił gorsze rzeczy niż poprzednio i gorsze rzeczy, niż robi Platforma teraz, bo kolejne bezpieczniki są wymontowane. Mamy eskalację w niszczeniu instytucji, odbywa się to w dobrej wierze, bo jednym się wydaje, że walczą o tradycję i tożsamość, a inni są przekonani, że walczą o demokrację, konstytucję i przynależność Polski do świata cywilizacji zachodniej. W imię tego trzeba walczyć, iść na przód, wyprowadzić prokuratora, odwołać sędziów uchwałą Sejmu, chociaż jeszcze przed chwilą takie rzeczy potępialiśmy. 

A za politykami stoją elektoraty. Jeśli spojrzeć na reakcje liberalnej opinii publicznej na rozliczenia Platformy z pozostałościami PiS-u, no to ona jest zachwycona. Telewizja została przyjęta, Kamiński i Wąsik siedzą, zachwyty budzi też radykalny sposób działania na granicy prawa albo momentami poza prawem i właśnie to się podoba, że działamy z buta, a nie w rękawiczkach. Jedyna rzecz, jaką możemy z tym zrobić jako społeczeństwo, to nauczyć się zakreślać pewne ramy.

- No ale jak zakreślać ramy, jeśli nie ma już wspólnych instytucji, które uznają obie strony sporu?

Są ramy: nie zabijamy się.

- I to wystarczy?

To jest plan minimum. Być może jedyny realny. Sądzę, że teraz widzimy wcale nie koniec zmian, ale dopiero początek, bo taki system rządzenia będzie się prawdopodobnie pogłębiał. Strona, która wygra wybory, będzie sobie mogła pozwolić na wszystko. Taka jest nasza przyszłość.

- Polski czy świata?

Być może całego Zachodu. W Stanach Zjednoczonych polaryzacja jest drastyczna, śledzę uważnie media amerykańskie i widzę, że między Ameryką, którą opisują media prawicowe a Ameryką z mediów liberalnych zieje przepaść. To są dwa całkiem różne kraje. Instytucje liberalnej demokracji w Ameryce też nie wytrzymują tak mocnego naporu polaryzacji, mimo że wydawały się wieczne. Uważam, że punktem zero w takiej sytuacji jest wyrzeczenie się przemocy. I pod tym względem jestem optymistą, bo w polskiej tradycji politycznej, inaczej niż w tradycji wielu krajów zachodnich, zabijanie przeciwników politycznych nigdy nie było dobrze oceniane. 

Hiszpania, którą uwielbiam, również jest niesamowicie spolaryzowanym krajem, ale dodatkowo ma w swojej tradycji przemoc w wojnach domowych, wzajemne mordowanie się na dużą skalę, a do tego gigantyczne represje w czasach reżimu generała Franco. U nas nigdy nie osiągnęło to takiej skali. Nasz dyktator Jaruzelski w stanie wojennym nie zabijał planowo, tylko przypadkowo, a ofiary nie były zrzucane z helikopterów nad Bałtykiem. Nie umniejszam zbrodni stanu wojennego, ale trzeba widzieć, że ich skala była inna niż w wielu dyktaturach.

- Ale co chcesz teraz powiedzieć? Że w tej polaryzującej się i toksycznej rzeczywistości jesteśmy bezpieczniejsi niż na przykład Hiszpanie?

Tak uważam. Polska tradycja polityczna na jakimś poziomie jest niesłychanie pragmatyczna, w tym sensie, że ludzie uwielbiają święty spokój i nie są skłonni zabijać się w imię abstrakcji. Krzyki, wymyślanie przeciwnikom od najgorszych - absolutnie tak, to robiliśmy zawsze. Istnieje u nas długa kwiecista tradycja, żeby zarzucać sobie najgorsze rzeczy.

- W pierwszej kolejności jakie?

Od zawsze zdradę, zaprzaństwo i branie obcych pieniędzy. „Agentura rosyjska”. Ludzie w Polsce mówią o sobie takie rzeczy od 200 lat, czasem prawdziwie, ale bardzo często nie. Przemoc werbalna - to lubimy, tego w polskiej tradycji jest mnóstwo, ale przejście do fizycznej eliminacji przeciwnika, świadomej, zaplanowanej - tego w polskiej tradycji jest niewiele. Nie mówię, że nie ma wcale, ale bardzo mało. W tej nowej sytuacji, kiedy znana nam liberalna demokracja upadła - czyli realny trójpodział władzy wraz z zasadą, że zwycięzca wyborów wielu rzeczy nie może zrobić, co Kaczyński nazywał imposybilizmem - brak przemocy musi być domyślnym sposobem prowadzenia polityki w Polsce. 

Tylko to nas ochroni. Osoby, które wykraczają poza tę ramę, powinny być radykalnie wycinane z życia publicznego i potępiane. Na razie ta zasada obowiązuje. Zabójstwa Adamowicza czy Rosiaka wywołały powszechne potępienie, nie widzę grup, które świętują i fetują zabójców, bo „może przesadzili, ale dla dobrej sprawy”.

- Nie zabijajmy się. I to jedno przykazanie wystarczy?

A to nie jest dużo? Istnieje na świecie bardzo wiele krajów, w których ta zasada nie działa.

- A jednocześnie będzie tak, że zwycięzca wyborów bierze wszystko? Sądy, prokuraturę, trybunały?

Tak mi się wydaje. PiS to zaczął, ale tego nie wymyślił, bo to się wpisuje w szerszy trend kryzysu liberalnej demokracji, która nie daje sobie rady w świecie tak dużych napięć i tak silnej polaryzacji. Szukałbym ratunku w jeszcze jednym ważnym elemencie polskiej tradycji, na który bardzo dużo narzekamy - chodzi mi o polską hipokryzję. Co innego mówimy, a co innego robimy. U nas istnieje bardzo ugruntowany podział na sferę publiczną i prywatną, ta pierwsza często stanowi rodzaj teatru, a w sferze prywatnej każdy chce spokojnie żyć i nie szkodzić innym.

- Publicznie ktoś grzmi, że aborcja to zbrodnia, a prywatnie idzie na zabieg u znajomego ginekologa?

Słabe, prawda? Brzmi odrażająco i pogardzamy takimi postawami. Ale przy drastycznym poziomie polaryzacji właśnie to nas ratuje. Bo ludzie, którzy mają bardzo spójne poglądy, potrafią się zabijać w imię tych poglądów. Podkładać bomby pod kliniki aborcyjne i strzelać. W USA czy w Izraelu potrafią, w Izraelu prawicowy fanatyk nie tak dawno zabił przecież premiera. Są ludzie, którzy traktują swoje przekonania do końca serio.

- Polacy do nich nie należą?

Mają granice. Dlatego - powtórzę - szukam ratunku w programie minimum. Nie żądajmy niemożliwego, jakiejś zgody narodowej ani nawet wyciszenia sporów, nie liczmy na to, że któraś strona się powstrzyma, trochę ustąpi, przestanie eskalować, natomiast trzymajmy się kurczowo naszego historycznego minimum, które daje wszystkim żyć. Z tym że to nie będzie żadne liberalne minimum, bo ono już nie wróci.

- W jakim sensie?

Chodzi mi o to, że nie ma powrotu do porządku zapisanego w Konstytucji z 1997 roku i w ogóle do świata zorganizowanego według ówczesnych reguł. To się nie wydarzy. Ale jednak musi istnieć moment, w którym się wszyscy zatrzymujemy. Polska hipokryzja jest tutaj zaworem bezpieczeństwa, a nasza niekonsekwencja - że słowa nie przekładają się na działania - jest zestawem ratunkowym w takich czasach. Przepraszam, jeśli nie brzmię wystarczająco spójnie.

- Brzmisz spójnie. Tyle że nie masz już złudzeń i to jest dość smutne.

Poza planem minimum naprawdę nie widzę żadnej innej recepty. Pół roku temu „Znak” wydał książkę „Umówmy się na Polskę”, gdzie znajdziesz taki oto pomysł: skoro nie możemy się ułożyć i dogadać, to podzielmy kraj, zróbmy federalizację z przeniesieniem wielu kompetencji do samorządów, żeby każdy sobie robił, co chce. Skoro jesteśmy tak mocno spolaryzowani, no to się podzielmy.

- Czyli uważasz, że skończyła się w Polsce liberalna demokracja?

Tak myślę. I to jest generalnie problem całego Zachodu. Za moment w Niemczech może wygrać AfD, a we Francji – skrajna prawica. Co się będzie działo? Instytucje świata zachodniego są znacznie silniejsze niż nasze, ale zawiodą się wszyscy, którzy marzą o powrocie dawnych spokojnych czasów, że teraz Platforma przywróci u nas liberalną demokrację. Guzik. Nic nie przywróci.

Cokolwiek zrobi, to tamci przyjdą i to rozwalą, bo będą mieli argumenty, że poprzednicy tak samo zrobili. Żyjemy już w innym systemie, w którym władza wykonawcza wzmocniła się kosztem innych władz, o wszystkim decyduje ten, kto może wprowadzić stan wojenny. I tak już będzie. Możemy się na to nie zgadzać, ja na przykład się nie zgadzam - napisz to wyraźnie - ale z mojej niezgody nic nie wynika.

- A coś cię pociesza?

Już mówiłem: że Polacy mają w genach niezarzynanie się. A po drugie mają w genach hipokryzję.

- Nie podkładamy pod siebie bomb?

Jedna strona nie podkłada bomby pod gabinet ginekologa, a druga strona z kolei nie podkłada bomby pod kościół. W czasie Czarnego Protestu, z którym się solidaryzowałem i nadal się solidaryzuję, wstrząsem dla prawicy - oni wciąż mi o tym mówią w rozmowach - było to, że zostały wysprejowane kościoły. Byli zaszokowani i uważali, że to przekroczenie skandaliczne granic, bo budynek kościoła zawsze był przestrzenią, której się nie narusza. Każda ze stron ma swoje granice świętości i warto je rozpoznać. 

Co prawda nie da się stworzyć katalogu siedmiu odcisków obu plemion, po których nie warto wzajemnie sobie deptać, ale musimy zachować minimalną wrażliwość, że gdzieś się wstrzymujemy. Wysprejowaliśmy kościół jeden czy drugi, okej, rozumiemy dlaczego, mieliśmy prawo być źli, ale w przyszłości - lepiej nie. Likwidujmy fundusz kościelny, wyrzucajmy religię ze szkół, w ogóle się nie wahajmy tego postulować i robić. Ale mazanie sprejem po kościołach czy wchodzenie z happeningami do środka w trakcie mszy - nie robimy tego. I od drugiej strony tak samo trzeba wymagać.

- I już? To wystarczy?

Myślę, że to bardzo dużo. Koniec liberalnej demokracji to autentyczny koniec świata dla Polaków, którzy żyli w tym wygodnym systemie ledwie przez 25 lat aż do rządów PiS-u. Krótko.

- Czyli Kaczyński trwale zmienił ustrój?

Tak. Ale on jest agentem większej strukturalnej zmiany. Przecież nie sam to wymyśla, tylko płynie na fali. I paradoksalnie jest bardzo nowoczesny. Zresztą zobacz, ile się Tusk od niego nauczył w czasie, kiedy był w opozycji. Bardzo dużo. Nie uzyskał od wyborców tak dużej większości, żeby odrzucać weta Dudy, więc to ominął. Wziął siekierkę. Z wpisem do KRS-u, czy bez wpisu, nieważne, jest likwidacja TVP, jest policja, w gabinecie nagle siedzi ktoś inny i paradoksalnie druga strona, czyli PiS, oczywiście krzyczy, rwie włosy z głowy i eskaluje, ale tę nagą siłę rozumie. Bo wiedzą, że za cztery lata czy za osiem lat zrobią to samo.

Obsesyjnie do tego wracam: szukałbym ratunku w czymś, co jest tradycyjnym polskim podejściem do polityki, można też to nazwać długim trwaniem. Mamy silnie ugruntowaną w polityce polskiej tradycję, żeby nie posuwać się do końca do fizycznej eliminacji przeciwnika. Konfederaci barscy porwali króla Stanisława Augusta, ale go nie zabili, potem jedni się zgubili, inni uciekli, z królem został jeden, który padł mu do nóg i prosił o wybaczenie. Można zszargać króla i pohańbić, ale nie zabić? Istnieje w tradycji polskiej głęboko zakorzenione przekonanie, że przeciwnika politycznego się nie zabija.

- I to jest silniejsze od najsilniejszych emocji?

Nie wiem. Dziś ten polski kod kulturowy musi jeszcze wygrać z algorytmami mediów społecznościowych, które podkręcają polaryzację na maksa, ale jednak wierzę w niesłabnącą moc tego kodu. Życie w Polsce nas wszystkich mocno formatuje, niezależnie od tego, czy ją kochamy, czy się z nią zmagamy, i do jakiego nurtu się zaliczamy.

Dyskusje o wojnie domowej wracają w wielu krajach. Liberalne elity amerykańskie są przerażone Trumpem i całkiem serio widzą perspektywę wojny domowej. Myślę, że to wszystko to kolejny etap rozmontowania liberalnej demokracji i rozchwiania świata, proces strukturalny, w którym Polska w pełni uczestniczy, a nawet idzie w awangardzie”.

Gdy po przeczytaniu tego wywiadu emocje już nieco opadną, warto zastanowić się, bo jest nad czym, prawda?

*Adam Janusz Leszczyński - polski historyk, socjolog, dziennikarz i publicysta, doktor habilitowany nauk społecznych, profesor nadzwyczajny w SWPS Uniwersytecie Humanistycznospołecznym, wcześniej w Instytucie Studiów Politycznych PAN, członek zespołu „Krytyki Politycznej” oraz współzałożyciel OKO.press. Pisze artykuły naukowe, historyczne, socjologiczne, reportaże. Laureat licznych stypendiów i nagród, m.in. Fundacji Kultury, Ministra Edukacji Narodowej, Fundacji na rzecz Nauki Polskiej. Stypendysta tygodnika „Polityka”. (źródło: Wikipedia).


Obraz: *Internet 

środa, 6 marca 2024

C Z A R Hołowni p r y s ł

Miga się i kombinuje, jak wytłumaczyć Polkom kolejne przerzucenie terminu debaty nad aborcją na 11 kwietnia, bo teraz jest czas gorącej kampanii wyborczej do samorządów i nie da się tylu tematów ze sobą pogodzić. Tak rozumiem wywijanie ozorem pana marszałka. Nie tak Trzecia Droga umawiała się z wyborcami/wyborczyniami przed 15 października 2023 roku. Kosiniak - Kamysz poparł decyzję swojego kolegi mówiąc, że to "słuszna decyzja Szymona Hołowni w sprawie terminu prac nad projektami dotyczącymi aborcji. Złożone w tej kwestii projekty wymagają rzetelnej parlamentarnej debaty i nie powinny być częścią kampanijnej rozgrywki".

Że kobiety się wkurzyły, to mało powiedzieć, to właściwie nic nie powiedzieć. Bo ile jeszcze faceci będą udawać greka w tej sprawie? Ile czasu jeszcze poświęcą na uciekanie przed podjęciem decyzji? To co wyprawiają liderzy TD, to nieuczciwe podejście do tematu. Takim zachowaniem nie sprawią, że on zniknie, że kobiety wreszcie dadzą sobie spokój z aborcją. Ani to słuszna decyzja, ani kobiety nie przestaną upominać się o swoje. Ustawa o aborcji należy się nam jak zupa psu. I ani Hołownia ani Kamysz nie robią nam łaski. Na swoje stanowiska zostali wybrani głosami większości kobiet i młodego pokolenia.

Bo uwierzyli, że tematy żywotnie ich dotyczące zostaną wreszcie załatwione przez akurat tę władzę. Wcześniej nie było to możliwe, a teraz w czasie ubiegłorocznej kampanii wyborczej do polskiego Parlamentu dano Polkom nadzieję. Miało to miejsce raptem kilka miesięcy temu. Co się stało, że duet liderów Trzeciej Drogi wycofuje się rakiem ze swoich obietnic? Chcą rzetelnej debaty? A co to było przez ostatnie 30 lat, jak nie rzetelna debata o sprawach kobiet? Jak nazwać zachowanie Hołowni, który zamiast po męsku załatwić sprawę aborcji raz na zawsze, ośmiela się grać na emocjach kobiet. Typowy facet, który już poczuł co znaczy mieć władzę w swoich rękach. 

Hołownia nie jest pierwszym politykiem ani nie ostatnim, który w sprawach kobiet zasłania się swoją wiarą. W głębokim poważaniu mam w co Hołownia wierzy. Niech swoją wiarę zostawi w domu, a w Sejmie jako marszałek ma psi obowiązek dbać o wszystkie Polki i o Ich żywotne sprawy bez względu, jaką wiarę wyznają. Jak widać bardzo dobrze się czuje w roli marszałka i bardzo dobrze się bawi prowadząc po swojemu obrady Sejmu. Jednak zapomina, że to nie miejsce na żarty, że to nie konkurs na najbardziej wygadanego marszałka RP. Panie marszałku, W SEJMIE SIĘ OBRADUJE!!! Decyduje o bardzo poważnych sprawach, które potem w formie ustaw modelują nam nasze życia! 

Kobiety były dobre 15 października ub. roku, kiedy trzeba było pozbawić PiS władzy, prawda? A teraz wymuszacie na nas zgodę na referendum, żebrzecie o kolejne nasze głosy 7 kwietnia, by ugrać swoje w samorządach. A co będzie potem? Potem znowu będziecie się migać i wymyślać inne przeszkody, by zarzucić temat? Doradzam, by się tak brzydko nie bawić z polskimi kobietami. Lansowanie takiej postawy to karkołomny wyczyn i może się dla was panowie źle skończyć! Poprzedniej władzy wiele wyborcy wybaczyli, bardzo wiele, okazali też dużo cierpliwości, ale nie wybaczyli kłamstwa. Wchodzicie na tę samą drogę, która akurat w temacie aborcji nie jest tą trzecią. 

Ile jeszcze i co jeszcze kobiety mają poświęcić, by wreszcie ich sprawy zostały zauważone? Miarka się przebrała. Wymagacie od nas niemożliwego. Nie mamy już do was , facetów bez właściwości jak się okazuje, ani cierpliwości, ani nie mamy ochoty z wami gadać. Gdzieś przeczytałam świetne zdanie - "człowiek z seminarium wyjdzie, ale seminarium z człowieka, nigdy". Cóż za trafna ocena i jakże trafnie zaadresowana. Pamiętam, że gdy dowiedziałam się o tym, że Hołownia rzucił dziennikarstwo i telewizję na rzecz polityki, nie będzie dobrze i dla samej polityki i dla nas jako odbiorców jego katolickiej wizji świata i życia.

Potem, gdy został marszałkiem i dawał w Sejmie jedne show po drugim, jako wieloletnia obserwatorka polskiej polityki pomyślałam, że może nie będzie z nim tak źle. Ale jak widać nabrał mnie takim zachowaniem i nie tylko mnie. Czar prysł. Hołownia wsiadł na swojego konia i galopuje jak nieopierzony młodzian w swoim stylu pokazując, że nikogo i niczego się nie boi. Jednak zapomina, że ten jego galop trwać będzie tylko dwa lata. Jak się nie opanuje, prędzej narobi więcej szkód niż spełni obietnic. Na razie wyznaczając kolejną datę obradowania Sejmu nad aborcją, nie tylko wkurzył wiele organizacji broniących praw kobiet, ale je do siebie zraził.

"Żyjemy w rzeczywistości politycznej, a nie idealnej. Jesteśmy w środku kampanii wyborczej. Ja ostatnich kilka tygodni poświęciłem na konsultacje, rozmowy, próby mediacji i doprowadzenia do tego, żeby zminimalizować ryzyko tego, żeby wszystkie projekty, które są w Sejmie, zostaną odrzucone w ramach tej kanonady przedwyborczej w pierwszym czytaniu" - to jego argumentacja, którą wygłosił w TVN24 w programie "Tak Jest". Mam wrażenie, że w kwestii aborcji to niepotrzebne wyolbrzymianie znaczenia wyborów 7 kwietnia. To raczej stawianie tych wyborów nad ważność tematu o aborcji. Normalka, gdy to faceci decydują o kobietach.

Odpowiedź organizacji strzegących praw kobiet - "Pan marszałek Hołownia boi się, że czytanie i głosowanie w piątek pociągnie jego ugrupowanie na dno, ale oficjalna wersja, jaką prezentuje to to, że pan marszałek musi dbać o poglądy wszystkich (bo przecież w aborcji najważniejsze są poglądy przeciwników aborcji) oraz jemu naprawdę zależy na bezpieczeństwie kobiet. No komedia" - Aborcyjny Dream Team.

"Panie Hołownia: aborcja to nie debata, aborcja to doświadczenie! Dzieje się również teraz. Pan siedzi w TVN i opowiada jakieś kocopoły, a dziś co najmniej 130 osób przerwie ciążę” - opinia aktywistek i aktywistów.

"O co zatem chodzi? O władzę i o wybory. Trzecia Droga ewidentnie boi się spadku poparcia w najbliższych wyborach po głosowaniu przeciw, nie chce jednak głosować za. Co ciekawe w elektoracie Trzeciej Drogi aż 63 proc. popiera prawo do aborcji do 12 tygodnia ciąży, więc jest to wysoce prawdopodobne. Co też istotne — te wybory to być albo nie być dla PSL, dla którego wybory samorządowe to najważniejsze wybory, bo właśnie we władzach samorządowych mają najwięcej ludzi" - znowu głos organizacji.

"Głosowanie ustaw aborcyjnych w Sejmie teraz to nasza jedyna szansa, na to, by wywołać presję na Trzeciej Drodze, by skierować projekty do prac w komisji. Po wyborach to się nie uda. To już dawno przestało być śmieszne" - ciąg dalszy opinii.

Kobiety kolejny raz zaufały politykom i kolejny raz to zaufanie zostało zlekceważone. Co mają powiedzieć swoim córkom i swoim wnuczkom? Że co, że ich sprawy jak nie obchodziły, tak dalej nie obchodzą facetów? Że te wszystkie obiecanki to tylko taka ich gra? W rzeczywistości tylko faceci na tym wygrywają. Dostają się do Parlamentu głosami kobiet, a potem z uśmiechem na twarzach traktują je jak przysłowiowego murzyna, który zrobił swoje i może odejść. Hołownia swoją decyzją wkurzył kobiety. Gra o wysoką stawkę tylko dla siebie samego. Jak jego poprzednicy, obawia się utraty procentów poparcia, więc obiecuje, że 11 kwietnia to już na pewno będzie o aborcji.

Jak znam życie i polską politykę, możemy się spodziewać powrotu gadki o referendum. Myślę, że Hołownia będzie z tematem zwlekał jak długo się da, chyba że się mylę. Zobaczymy w kwietniu. Przekonamy się wtedy ile warte jest słowo marszałka z Trzeciej Drogi. Przypominam, zatwardziałego katolika, wg którego prawa kobiet wymagają rzetelnej debaty i referendum. A wcale tak nie jest. Przyznam też, że nie rozumiem jego argumentacji. A sprawa jest prosta -  

Prawa Kobiet Jak I Inne Sprawy, Muszą Być W Końcu Załatwione I Co Ważne, Respektowane. Kropka. 


Obrazy: *Internet 

czwartek, 29 lutego 2024

S p r a w a polska

W poście pt. "Wąskie horyzonty myślowe", w kontekście tego co dzieje się w Europie i na świecie, stwierdziłam, że poprzedni rząd nie nadawał się na trudne czasy. I znowu powtarzam to samo w formie pytania - Czy Polacy mogą mieć pewność co do nowego rządu, że ten dopełni wszelkich starań, by zapewnić nam bezpieczeństwo militarne? Pytam i z uporem maniaka będę regularnie o to pytać, ponieważ na dzisiaj nie ma ważniejszej rzeczy niż sprawa naszego bezpieczeństwa. Do zadawania tego pytania zmusza mnie mój własny niepokój i to, że jako obywatelka nie widzę żadnych ruchów rządu w kierunku włączenia społeczeństwa w prace związane z własnym i państwowym bezpieczeństwem.

Tyle wokół mówi się, co może nam zrobić Rosja. Tu i ówdzie różni eksperci wypowiadają się co do terminu, nie czy, tylko kiedy ewentualnie Rosja napadnie na Polskę. Jedni mówią o latach, inni o miesiącach. Ponieważ to pod różnymi względami bardzo gorący czas dla Europy i świata, i ponieważ otwartym tekstem mówi się o tym, że Rosja w swoich mocarstwowych zapędach nie cofnie się przed niczym i przed nikim, i ponieważ sama Rosja nie dementuje tych pogłosek a wręcz je swoim zachowaniem potwierdza, nowa władza powinna już TERAZ uruchomić działania zmierzające do uświadamiania Polaków i czynnego ich angażowania w sprawy obronności kraju.

Niestety dzisiaj częściej rozmawiamy o politycznej bieżączce, niż o realnym zagrożeniu wojną ze strony Rosji. Cóż z tego, że nasz minister Sikorski będąc w USA, jako jedyny (niestety) nie strzępiąc języka mówił jak na ten moment sprawy się mają. Szkoda, że jako jedyny ma realną świadomość kłopotów geopolitycznych dot. naszej szerokości geograficznej. Reszta przywódców go słuchała, potakiwała głowami i podziwiała, że ma on TAKĄ odwagę rzucać prawdę prosto w oczy stronie rosyjskiej. Nasz minister z powodu swojego wystąpienia urósł w ich oczach do rangi bohatera. A nawet Męża Stanu. Jego mowa szerokim echem odbiła się w świecie.

No i co z tego? Czy dla Polski coś z tego wyniknie? Minęło kilka dni i jak widać po tym wielkim wydarzeniu kurz już opada. Żaden z przywódców nie pokusił się na podobne gorące wystąpienie. Nie miał odwagi przywalić Rosji w podobnym stylu. Żaden z nich nie pociągnął tematu, było poklepywanie naszego ministra po plecach. Na placu został nasz Sikorski i... tyle! Kurz opadł, wszyscy rozeszli się czy rozjechali do swoich gabinetów i sprawy wróciły do starego rytmu. Do konferencyjnej jałowej gadki szmatki. A czas u c i e k a! Na co nie zwraca uwagi Ameryka, której zbyt oporne traktowanie tak pilnej sprawy jak sprawa Ukrainy, ociera się o śmieszność.

To świadome izolowanie się USA od problemów reszty świata, w stylu że to "nie nasza wojna", nie tylko zemści się na samej Ameryce, ale skutecznie uderzy w zainteresowane strony. Nie pomoże dyscyplinowanie "sojusznika", nie pomoże krytyka amerykańskiej klasy politycznej, ich mediów a nawet ich społeczeństwa, które ślepe na realia coraz bardziej skłonne jest popierać swojego Trumpa. Rzeczywistość jest dzisiaj taka, że była potrzeba przywołania do pionu najważniejszego z graczy. Ale cóż z tego, skoro ten gracz nie widzi zbieżności swoich interesów z naszymi. Sikorski może sobie polityczne flaki wypruwać, a i tak widać, że zbyt wiele nie uzyskał. 

Polska strona jasno przekazuje, że wynik wojny Rosji z Ukrainą to nasz żywotny interes, to nasze "być albo nie być". Prawdą jest, że stoimy w obliczu  ryzyka konfrontacji zbrojnej z Rosją i Białorusią. Przywódcy tych krajów to groźni i fanatyczni szaleńcy, roszczący sobie prawo do bycia wielkim i nie podbijalnym imperium. Szczególnie Rosji do bycia imperium jeszcze daleko, jednak dziecięca naiwność przywódców Europy i rozedrgana politycznie Ameryka są przyczyną dalszego cierpienia dzielnej Ukrainy. Tym bardziej Polska musi skupić się na swoich sprawach, bo nie znamy dnia ani godziny, kiedy wschodni bandyta wkroczy na nasze tereny.

Minister Sikorski w niewybredny sposób dał do zrozumienia każdej ze stron, czym grozi opóźnianie pomocy Ukrainie. Jaśniej się nie dało. Innym jasnym też sygnałem dla USA jest monachijskie spotkanie Sikorskiego ze swoim chińskim odpowiednikiem i planowana na czerwiec wizyta Dudy w Chinach. Czyżby to miało być samowolne działanie Polaków szukających współpracy z innym sojusznikiem bez porozumienia z USA? Niech każdy myśli sobie co chce, ważne, co pomyśli Biały Dom. Niech się zatem zastanawia, czy taka wizyta leży w jego interesie. Ponieważ sytuacja na świecie zmienia się bardzo szybko, to czy Ameryka nie boi się, że straci opinię wiarygodnego partnera i roli światowego przywódcy?

Czy Ameryka nie boi się, że rychło z powodu jej indolencji może dojść do przetasowania sił na światowej politycznej szachownicy? Czy Ameryka koniecznie chce się przekonać o tym, że Europa z Polską poradzą sobie bez niej? Czy to jest ten właśnie interes USA? Wątpię, a wraz ze mną wątpią w to lepsi znawcy tematu ode mnie. Bezpieczeństwo świata nie jest już tylko teoretycznym rozważaniem. Jest realnie zagrożone. I nieważne gdzie w Europie toczyłaby się ta wojna. Czy w Ukrainie czy na terenie innego sąsiedniego państwa. Dotyczyłaby nas w takim samym stopniu jak teraz.  Dotyczyłaby wszystkich państw sojuszu NATO. Tak wynika z ostatnich słów Putina. 

Lekcją dla Ameryki, o której nie powinna nigdy zapominać, jest fakt, że artykuł 5 został użyty tylko raz w historii NATO – do jej ochrony. Polska i inni sojusznicy udowodnili swoją lojalność angażując się w wojnę w Afganistanie, gdzie ginęli nasi żołnierze. Jeżeli USA zapomniały, że taki sojusz działa w obie strony, to tym bardziej jest to kompromitacja. Nie sądziłam, że doczekam chwili, kiedy Ameryka stanowczym głosem będzie pouczana przez jednego ze swoich wiernych i oddanych sojuszników. Nie powinno do tego dojść. A jednak doszło. I choćby z tego powodu społeczność amerykańska powinna pamiętać, jak ważne dla Polski jest bezpieczeństwo.

Naszą sprawę winni popierać sojusznicy. Choćby za wielokrotnie przelewaną dla nich polską krew. Choćby za to, że udowodniliśmy nie raz swoją lojalność kosztem nawet życia. Gdy chodzi o sprawy bezpieczeństwa państwa, jedynym mocnym i jakże sensownym w przekazie głosem, jest na razie głos ministra Sikorskiego. Duda Andrzej do pięt mu nie dorasta. Donald Tusk jest zbyt zajęty wewnętrznymi sprawami. Jarosław Kaczyński to żaden partner do rozmowy na żadne czasy. Sikorski nie ma sobie równych. Jest politykiem światowego formatu i ten fakt należy zaakceptować. Powiem więcej, minister Sikorski nie ma sobie równych nawet na światowych salonach.

Jak na warunki polityki polskiej, nie mieści się on w jej ramach. Ktoś powiedział, że jest za dobry. Zatem kto wie, jak odniesie się do niego Europa. Myślę, że i dla tego środowiska będzie trudnym do utemperowania gościem. Biorąc jednak pod uwagę zagrożenie ze strony Putina, może spełni się plotka o objęciu przez Sikorskiego stanowiska europejskiego dyplomaty. Pamiętam Sikorskiego z jego jeszcze dziennikarskich czasów, a potem kiedy stawał się młodym politykiem. Zawsze był ambitny cokolwiek nie robił i cieszy się naprawdę ogromnym doświadczeniem. Od początku pokazywał, że w polityce jest przeciwnikiem wagi super ciężkiej. 

Pokuszę się i powiem, że na dzisiaj Sikorski jest najlepszym ambasadorem otwartej na świat Polski. Czy przesadzam? Myślę że nie, wystarczy prześledzić jego dokonania, których może mu pozazdrościć nasz nieudany i pogubiony prezydent. To nie Duda, a Sikorski sprawił, że w okolicznościach jakie mamy, to polski głos głośno i wyraźnie słychać na świecie. Tak więc należy zadać właściwe pytanie - gdzie minister Sikorski będzie bardziej dla Polski przydatny? Pełniąc funkcję ministra polskich spraw zagranicznych, czy robiąc międzynarodową karierę dyplomaty w Brukseli? Jaką decyzję ostatecznie podejmie Donald Tusk, a jaką sam minister? Jestem tego bardzo ciekawa.

Chciałabym się też dowiedzieć, co w temacie utrzymania bezpieczeństwa granic naszego państwa przy współudziale polskiego społeczeństwa, ma do powiedzenia władza. Śledząc życie polityczne w kraju, zauważam spokój, taki, jakby nic niedobrego miało się nie wydarzyć. Życie toczy się swoim tempem.                                              

                                        Dlaczego się więc martwię?


Obrazy: *Internet 

wtorek, 27 lutego 2024

Bez żadnego trybu

Czy Kaczyński przelicytował, gdy lekkomyślnie ogłosił rychłe oddanie władzy w partii? A może zrobił to specjalnie, by zobaczyć, komu będzie spieszno do stołka prezesa? A może sobie i członkom partii mówi "sprawdzam", by zorientować się czy może jeszcze pobawić się w polityka i w partyjnego właściciela? Szczególnie właściciela partyjnych umysłów. Właściciela wciąż i mimo wszystko skutecznie pociągającego za sznurki w swoim własnym teatrze lalek. Gdy jeszcze miał za sobą siłę absolutnej władzy państwowej, mógł robić dosłownie co chciał. Gdy teraz jest  jej pozbawiony, a przez to jako przywódca dla niektórych nieatrakcyjny i mocno osłabiony, jego pozycja jest coraz mniej znacząca.

Utrata władzy osłabiła go na tyle, że ci, którzy wcześniej nie śmieli wychodzić przed szereg, teraz z otwartą przyłbicą prostują karki pokazując, że mogą ze starym i coraz bardziej pogubionym prezesem zawalczyć o jego dziedzictwo (cokolwiek to słowo oznacza). Już się nie boją. Już nie czują tak jak wcześniej jego oddechu na plecach. A ich ambicje już niczym nie poskromione, każą im walczyć, bo jest o co. Jednak zaślepieni ewentualnym zdobyciem przewodnictwa w partii, nie doceniają starego politycznego wygi. Może jest dzisiaj osłabiony, może nie ogarnia całości jak jeszcze niedawno ogarniał, ale w swoim umyśle wciąż jest tym samym prezesem.

Cwanym, sprytnym, dalekowzrocznym człowiekiem, który nie po to przez dziesiątki lat budował partię, by teraz oddać ją jakiemuś mało rokującemu przeciętniakowi. Trzeba pamiętać o pewnym bardzo ważnym dla Kaczyńskiego szczególe. Budując swoją partię, poszerzając jej zasięg, zdobywając coraz to więcej zwolenników, jednocześnie pozbywał się z jej szeregów ludzi, mogących prędzej czy później zagrozić jego pozycji w partii i w polityce. Pozbywał się ludzi inteligentniejszych od niego, albo przynajmniej inteligencją równym jemu samemu. Takich nazwisk w ciągu ostatnich dwudziestu lat poleciało z partii bardzo wiele. 

Pamiętacie posłów PiS?: - Pawła Zalewskiego, Marka Jurka, Kazimierza Ujazdowskiego, Radosława Sikorskiego, Pawła Kowala, Michała Kamińskiego, albo Pawła Poncyljusza? A pamiętacie kogoś takiego jak Ludwik Dorn? Swego czasu zwanego trzecim bliźniakiem (zmarłego niespełna rok temu)? To była postać, która inteligencją i swoim życiorysem mogła obdarować kilka osób, tak był bogaty. Myślę, że Kaczyński mógł mu zazdrościć choćby części faktów z tegoż życiorysu, bo jego własna droga życiowa wypada bardzo blado. Niczym się niestety nie wyróżnia. No, może tym, że poświęcił swoje dorosłe życie jednemu marzeniu, partii, którą stworzył, i którą chyba zabierze do grobu i tym, że z polskiej polityki zrobił chamski targ.

Powyższe nazwiska przez pewien czas coś znaczyły w partii, przez pewien czas były Kaczyńskiemu z jakiegoś powodu przydatne, ale zostały z niej usunięte. Trwale. Na zasadzie, murzyn zrobił swoje, murzyn może odejść. Podziwiam te osoby z jednego powodu, za lojalność w stosunku do byłego pryncypała. Który niestety, nie odwdzięczył się im tym samym. Nie miał i nie ma tego w zwyczaju. Ponieważ jest mściwy i pamiętliwy, potrafi nawet po latach odwinąć się złym słowem, gdy coś mu nie pasuje. Potrafi niszczyć, gdy sam czuje się zagrożony. Potrafi z mściwą satysfakcją kogoś zdyskredytować, bo ośmielił się mieć własne przeciwne zdanie.

Bo ten ktoś pozwolił sobie na pójście na niezależność, mimo, że stanowił tzw. przystawkę partyjną dla PiS. Tym ktosiem byli chociażby Andrzej Lepper i Roman Giertych. Politycy pełniący w rządzie PiS jedne z najważniejszych funkcji, a którym prezes Kaczyński  swoją osobą wcale nie przesłaniał całego polskiego politycznego świata. Każdy z nich wiedział swoje i każdy chciał swoją działalnością zostawić po sobie ślad, co mogło się nie podobać i co nie mieściło się w scenariuszu pisanym przez Kaczyńskiego. Wychodzenie przed szereg bez wiedzy i akceptacji prezesa, nie wchodziło w grę. W partii nie było to tajemnicą, było o tym wiadomo od zawsze.

Od zawsze też było wiadomo, że jest tylko jeden szef. Oddany partii bezgranicznie i traktujący partię jak swoją rodzinę. Poświęcał jej cały swój bez urlopowy czas. Rządził w niej i dzielił. Nie mając rodziny, nie mając hobby ani jakichkolwiek innych zainteresowań, kierował swoją uwagę na partię. Dlatego nie wierzę, że kiedykolwiek odda ją w obce ręce. Jeżeli nie zabierze jej do grobu, to rozbiór, czy inaczej rozpad partii PiS, dokona się nad jego trumną. I to bez żadnego trybu. Dokładnie w taki sam sposób, w jaki prezes Jarosław Kaczyński prowadził swoje polityczne życie. Bez żadnego trybu. Nie licząc się z nikim, swoim zwyczajem.

Nie zazdroszczę temu, kto zgarnie tę zgniłą ideologicznie pulę. To bardzo brudna scheda, która może stać się jedynie obciążeniem dla następcy. Chyba, że następca okaże się jeszcze czarniejszym charakterem od Kaczyńskiego, nie bojącym się przekraczać granic, i tak już wielokrotnie przekraczanych. To musiałaby być osoba dokładnie taka sama jak Kaczyński. Nie porównywana do niego, nie zbliżona charakterem, ale dokładnie taka sama, albo i lepsza. Czy jest dzisiaj ktoś taki? Nie widzę mimo, że czarnych charakterów w PiS nie brakuje. Mimo, że chętnych na to miejsce nie brakuje. Mówi się, że nie ma ludzi niezastąpionych. Kaczyński jest.

Nie odda też władzy w partii z kolejnego powodu, robi to dla siebie. Wyłącznie dla siebie. Dlatego, że nie będzie miał potem co robić. I nie będzie chciał widzieć na własne oczy, jak ktoś niekompetentny w jego mniemaniu (ktokolwiek by to był) prowadzi jego "dziecko" na dno. W sumie, to ja też bym tak nie chciała. I po kolejne, tym ruchem pod tytułem "oddanie władzy", kolejny raz z przyjemnością (takie odniosłam wrażenie) zagrał w swoją starą i sprawdzoną grę, na którą dał się nabrać nażarty i zadowolony z życia, były premier Morawiecki. Czym skompromitował się dokumentnie. Jest jak wcześniej powiedziałam, gość nie docenił talentów starego wygi.

Niestety, biologia jest nieubłagana. Niespełna 75 - letni zawodowy polityk nie jest młodzieniaszkiem. Jest przegranym politycznie staruszkiem, z którym mało kto się dzisiaj liczy. Zostało mu już tylko przy kominku (jeżeli go ma), wspominać czasy własnej jednoosobowej potęgi, przed którą kłaniały się zastępy partyjne (widzące w tym kłanianiu się korzyści dla siebie), wraz z ideowo zaślepionymi wyznawcami. Mówię, że przy kominku, ponieważ z czasem (tak przewiduję) z powodu powiększającej się ogólnej niedyspozycji (wiek ma swoje prawa), będzie spychany przez swoich nie tylko z sejmowej mównicy. Bez żadnego trybu.

Chwile absolutnej władzy i potęgi mijają. Jak każde chwile. Obojętnie kogo dotyczą. Czas własnego końca przyspiesza sam Kaczyński, kierując się z uporem maniaka własnym skompromitowanym kodeksem i trzymając się jak tonący brzytwy, wspomnień o naprawdę niezłym niegdyś potencjale, jaki reprezentował. Że to człowiek już skończony, niech świadczy choćby fakt zamiany na stanowisku przewodniczącego delegacji PiS do Parlamentu Europejskiego profesora Legutki na chuligana politycznego, jakim jest eurodeputowany z ramienia PiS Dominik Tarczyński. Stary prezes stracił już swój polityczny węch. Wierzę, że jest już zmęczony.

A skoro tak, to czy już nie czas przejść na emeryturę? Myślę, że Polacy chętnie ujrzą go w kapciach i przy kominku. Choć niektórzy chętnie widzieliby go w zupełnie innym miejscu. 

Obrazy: *Internet