piątek, 21 marca 2025

G R Y wojenne



 Putin rozgrywa geopolitycznie świat tak, jak chce. Robi to, bo może, A może, bo wreszcie trafił mu się taki gość, jak prezydent USA Donald Trump, któremu zamarzyło się zostać dozgonnym władcą tylu włości, ilu się da. Niestety, w tych bardzo ważnych rozgrywkach geopolitycznych nie dorasta Putinowi do pięt. I co najgorsze, nie zauważa, że się do tej roboty nie nadaje. A nie nadaje się, bo do tej roboty trzeba mieć big cojones panie prezydencie. Trzeba mieć doświadczenie. I trzeba się w polityce czuć jak ryba w wodzie, nie przymierzając jak rekin. Pan biznesmen Donald Trump nie jest rekinem nawet w biznesie (wielokrotnie bankrutował), a więc tym bardziej w polityce. Zabawiając się z Putinem w wielką politykę, na oczach całego świata łamie sobie na niej zęby, szkodząc przede wszystkim własnemu krajowi, sobie, Europie i UKRAINIE.

Aktualna sytuacja geopolityczna jest bardzo, ale to bardzo groźna, o czym wiadomo wszędzie, gdzie dociera jakakolwiek bądź medialna informacja. Wiadomo zatem, że zapowiadana rozmowa Trumpa z Putinem, oprócz Putinowi, nie przyniosła korzyści pozostałym zainteresowanym. Nie przyniosła chwały Trumpowi, o którą to chwałę nieustająco i wciąż zabiega. Zatem ostatecznie, nie ma mowy o całkowitym zawieszeniu broni, jest tylko propozycja Putina o ewentualnym "trzydziestodniowym zaprzestaniu ataków na infrastrukturę energetyczną". Jednak i ta propozycja to tylko element gry wojennej stosowany przez doświadczonego zawodnika, który ma gdzieś szkolne wysiłki Trumpa. Czyli kolejna wtopa zarozumiałego prezydenta i kolejne jego upokorzenie.

Ostatecznie zamiast ciszy na ukraińskim niebie i spokoju, mamy wzajemne ataki, Rosji na Ukrainę i w odwecie Ukrainy na Rosję. Boleśnie ucierpieli cywile i infrastruktura energetyczna właśnie. Nie ma mowy o przełomie, na którym niby zależy Trumpowi, nie ma mowy o jakimkolwiek porozumieniu, ponieważ świat ma do czynienia z Putinem, zbrodniarzem wojennym, który przekroczył już wiele czerwonych granic i który nie zamierza się zatrzymać. Tak przynajmniej mówią znawcy tematu. A mówią różnie. Jedni lekceważąco odnoszą się do imperialnych zapędów prezydenta Rosji, drudzy przestrzegają przed nim i starają się całość oceniać na bieżąco, stosownie do sytuacji. Jeszcze inni gdybają co się stanie gdy to... tamto... czy owo. 

Cywil śledzący sytuację może się w tym gąszczu informacji pogubić. Jednak gdyby się tak bliżej przyjrzeć, gdyby tak wziąć na tapetę historię Rosji, mentalność samych Rosjan, z czeluści wyłania się niebezpieczny obraz. Który to obraz ma poparcie w dzisiejszych wydarzeniach. Niby Putin nie jest jeszcze gotowy na to, co od dawna chodzi mu po głowie, niby jego armia jest na to za słaba, jednak nie należy tego zbytnio traktować jako prawdę. Nigdy, ale to przenigdy nie należy lekceważyć przeciwnika, szczególnie, gdy tym przeciwnikiem jest nienażarta Rosja. Teraz to co się dzieje, to tylko gry wojenne prowadzone tylko dlatego, by kupić sobie czas na przygotowania do przeprowadzenia konkretniejszych, bardziej bolesnych dla świata działań.

Putin rozmawiając z Trumpem tylko udaje zainteresowanie. Pokazuje twarz zatroskanego człowieka, któremu wcale nie zależy na rozpętaniu wojny światowej. W rzeczywistości, twardo i metodycznie ogrywa zdziecinniałego i rozkapryszonego bachora Trumpa, ukrywając swoją prawdziwą twarz. Twarz człowieka żądnego wszechwładzy, żądnego wprowadzenia całkowitego chaosu i panowania nad nim. Widać wyraźnie, że stronie rosyjskiej wcale nie zależy na pokoju i na zatrzymaniu tej rozpędzającej się wojennej machiny. A jeżeli już, to wyłącznie na własnych ekstremalnych warunkach. Putin próbuje złożyć drugiej stronie konfliktu propozycję nie do odrzucenia, a Trump udaje, że tego nie widzi. Jednak Europa i Ukraina to widzą. słyszą i czują.

Widzą, słyszą i czują i nie chcą tego zaakceptować. I słusznie. Ciekawe co by się stało, gdyby Trump został zignorowany? Gdyby negocjacje z Rosją w całości przejęła Europa? Dlaczego pytam? Pytam, ponieważ jak do tej pory, działania Trumpa nic nie przyniosły szczególnie poszkodowanej stronie (Ukrainie). Nie zapominajmy, że pierwotną przyczyną konfliktu, jest żądanie Rosji całkowitej "likwidacji niepodległej Ukrainy z jej prozachodnią orientacją". Cały czas chodzi mu o bezwarunkową kapitulację Ukrainy. To jest główny CEL Putina w tej rozgrywce. On sam ciągle to od dawna powtarza. Nie kryje się z prawdziwymi swoimi planami. Chce zrobić z Rosji wielkie imperium i... kropka! A po nim choćby potop. 

"Ukraina miałaby ogłosić neutralność, rozbroić się, nie otrzymywać dalszej pomocy wojskowej i wywiadowczej z Zachodu, wyrzec się na zawsze członkostwa w NATO."

Na bazie historycznych doświadczeń Polski, łatwo jest sobie wyobrazić, że ZNOWU ze strony Rosji Putina może nas spotkać wszystko co najgorsze. I tym razem chyba nieodwracalnie. Już obserwujemy jak szybko zmienia się geopolityka. Koło się rozpędziło i nie widać nikogo, kto chciałby je zatrzymać. Jedno odbieram na plus, to, że mimo wysiłków Putina, Europa stara się mówić jednym głosem. Stara się, jednak stara się za mało i za wolno. Europa dalej traci czas mimo ogromnego zagrożenia. Europa wciąż się zastanawia, czy uderzyć w Rosję jeszcze bardziej boleśnie. A Rosja ma to gdzieś. Pokazuje nam środkowy palec i głośno się śmieje. A Trump i jego kolesie w rządzie dbają tylko o własny interes.

Jakby doprowadzenie do resetu z Rosją miało zakończyć ten konflikt. Nie zakończy, bo do żadnego resetu nie dojdzie. A nie dojdzie, bo Trump dla Putina jest za słabym zawodnikiem, bo Europa dopiero teraz (po trzech latach wojny) dojrzewa do tego, by się zbroić. Co miałoby przebiegać w ciągu najbliższych pięciu lat. Stanowczo za późno. Ale pocieszając się, niby lepiej później niż wcale. Zatem Rosja od chwili napadu na Ukrainę, ma nad Europą przewagę pod niemal każdym względem. Tak to widzę. Mimo to cieszy fakt, że wolny świat nie siedzi z założonymi rękami i że nie czeka na cud. Cieszy mnie, że wreszcie działa, że w tym chaosie politycznym próbuje jednak utrzymać wspólnotowe działania. Szkoda tylko, że armia europejska wciąż nie ma jednomyślnego poparcia.

"Ukraińcy zgodzili się na bezwarunkowe zawieszenie ognia na lądzie, morzu i w powietrzu, a Putin je odrzucił."

Trump jako rozjemca nie zdaje egzaminu, końca tej bezsensownej wojny nie widać, a na rodzimym politycznym podwórku wrze, jak w kotle ze smołą. Nie ma się z czego cieszyć. Polska prawica w europejskim i polskim parlamencie dała popis jakże szkodliwej głupoty i zwyczajnego nie chciejstwa w myśl zasady, że na złość mamusi odmrozi sobie uszy. A zachowuje się tak tylko dlatego, że rządzi teraz ich śmiertelny wróg, premier Donald Tusk. Co za małostkowość. Mogą sobie z Trumpem ręce podać. Niestety, to wszystko ma na nas bezpośredni wpływ. Polska jest podzielona, trwale. Jej zła prawa strona chce przegranej Ukrainy. Taka postawa to ciężki błąd. To ciężka zdrada. W żadnym wypadku nie leży w naszym interesie.

Polskę ratuje pełne partnerstwo i pełne pojednanie z Ukrainą. 

Przeszłe historyczne już rozrachunki między nami, ta nasza niezrozumiała w tej sytuacji wyższość, kładzie się cieniem na naszej przyszłości. Prawa strona polskiej polityki zapomina, że wrogiem, wspólnym wrogiem, jest Rosja Putina. Dopóki więc, pierwsze skrzypce w tym konflikcie będą grać ludzie pokroju Trumpa, czyli tak zwani krótkowzroczni pożyteczni idioci, nie będzie o czym mówić. Ponieważ ktoś taki jak Trump, pokój jako cel, odsuwa w czasie. A to tylko umacnia i legitymizuje ruski reżim.


Obraz: *Internet

niedziela, 16 marca 2025

JAK TO BYŁO?


Agnieszka Pomaska doniosła na portalu X, że "Parlament Europejski uznał polski projekt Tarcza Wschód za flagowy dla wspólnego bezpieczeństwa UE. Rezolucję poparła nawet znaczna część grupy Europejskich Konserwatystów, ale nie było wśród nich posłów PiS!!

Lista europosłów, którzy głosowali przeciwko Polsce:

- Bielan

- Bocheński

- Brudziński

- Buda

- Dworczyk

- Gosiewska

- Jaki

- Kamiński

- Maląg

- Mularczyk

- Muller

- Obajtek

- Ozdoba

- Rzońca

- Szydło

- Tarczyński

- Wąsik

- Wiśniewska

- Zalewska

- Złotowski"

To tak zwana lista hańby, którą ogłoszono we wszystkich mediach społecznościowych ku pamięci.

Poniżej historia przyjęcia Polski do NATO. Jak to było.


"Wódka, dyplomacja i przeciwnicy wejścia Polski do NATO

Borys Jelcyn był pod takim wrażeniem polskiej gościnności, że zgodził się, iż akcesja Polski do NATO “nie jest sprzeczna z interesem Rosji”. Taka treść, po burzliwych, nocnych negocjacjach ze sztabem Jelcyna, znalazła się we wspólnym oświadczeniu. Ale następnego dnia Jelcyn wrócił do Moskwy (i wytrzeźwiał). 

Mija właśnie 26 lat Polski w NATO.

Bogusław M. Majewski 12 marca 2025

Działania Rosji w latach 90., by powstrzymać historyczny proces poszerzenia Sojuszu Północnoatlantyckiego po upadku ZSRR, zakończyły się niepowodzeniem. W Moskwie trauma z tym związana została żywa, czemu dał wyraz Putin w 2021 r., twierdząc, że upadek ZSRR był “historyczną tragedią” dla Rosji. Dzisiaj rosyjskie argumenty przeciwko istnieniu i poszerzeniu NATO wróciły ze zdwojoną mocą. Tym razem jednak płyną one zarówno z Moskwy, jak i z Waszyngtonu.

Kieliszki wódki w równej odległości od siebie

12 marca 1999 r. Polska przystąpiła do najsilniejszego na świecie paktu wojskowego. W mieście Independence, w amerykańskim stanie Missouri, polski minister spraw zagranicznych, prof. Bronisław Geremek przekazał na ręce sekretarz stanu USA Madeleine Albright Akt Przystąpienia.

Cztery dni później przed siedzibą Kwatery Głównej NATO w Brukseli wciągnięta została na maszt polska flaga.

Tym samym zakończyła się jedna z najbardziej intensywnych kampanii dyplomatycznych III RP, rozpoczęta w marcu 1992 r. oświadczeniem Sekretarza Generalnego NATO Manfreda Woernera, że “drzwi do NATO są otwarte”.

O procesie, który trwał siedem lat, napisano już wszystko. Warto jednak przywołać działania, które miały go powstrzymać. Ten kontekst nabiera szczególnego wymiaru w świetle wydarzeń ostatnich tygodni. Działania Donalda Trumpa są dla dyplomatów, którzy byli zaangażowani w przekonywanie elit USA do poszerzenia NATO na wschód, swoistym deja vu. Nie jest bowiem wykluczone, że przyjdzie nam ponownie uruchomić działania przekonujące elity amerykańskie, że NATO — z przewodnią rolą USA — jest jedynym, doskonałym i niezastępowalnym mechanizmem gwarantującym bezpieczeństwo USA i Europy. Teraz będzie się to odbywało w warunkach wojny, którą Rosja toczy przy granicach Sojuszu.

Prawdziwa batalia zaczęła się we wrześniu 1993 r., kiedy Lech Wałęsa poinformował sekretarza generalnego NATO, że członkostwo stało się priorytetem polskiej polityki zagranicznej.

Miesiąc wcześniej, w nocy z 24 na 25 sierpnia 1993 r., oficjalną wizytę w Warszawie złożył prezydent Rosji Borys Jelcyn. Szczegóły tych rozmów — zarówno na szczeblu ministrów spraw zagranicznych, jak i samego Wałęsy z Jelcynem — owiane są pewnym pomrokiem. Wiadome jest, że stosunek Rosji do polskiego członkostwa w NATO został wówczas symbolicznie przedstawiony przez rosyjską delegację, poprzez ustawienie kieliszków wódki na stole — w równej odległości od siebie. Miało to symbolizować stosowny dystans NATO do Rosji i byłych państw Układu Warszawskiego.

Na koniec wieczoru Jelcyn był jednak pod takim wrażeniem polskiej gościnności, że zgodził się, iż akcesja Polski do NATO “nie jest sprzeczna z interesem Rosji”. Taka treść, po burzliwych, nocnych negocjacjach ze sztabem Jelcyna, znalazła się we wspólnym oświadczeniu. Następnego dnia, gdy Jelcyn wrócił do Moskwy (i wytrzeźwiał), wymuszono na nim odwrócenie sytuacji. Rosja rozpoczęła aktywną kampanię ukierunkowaną na elity polityczne w USA i kluczowych członków Sojuszu, a zmierzającą do zniweczenia dążeń Polski, Węgier, Czech na rzecz członkostwa w NATO.


Poczucie winy

W Waszyngtonie dominował wówczas sceptycyzm wobec oczekiwań Polski. Nagła zmiana nastawienia nastąpiła kwietniu 1993 r. — niedługo po wprowadzeniu się Billa Clintona do Białego Domu. Doszło wówczas do szczególnego wydarzenia — uroczystości otwarcia Muzeum Pamięci o Holokauście. Wśród gości był Lech Wałęsa, który wykorzystał zaproszenie do Białego Domu, żeby wpłynąć na Clintona. 22 kwietnia — jak ujawnili po latach bliscy współpracownicy amerykańskiego prezydenta — dokonało się u niego gruntowne przewartościowanie podejścia do kwestii poszerzenia NATO o nowe państwa Europy Wschodniej (o używanie wobec nas terminu “Europa Środkowa” musieliśmy jeszcze długo zabiegać).

Dzień wcześniej w Białym Domu odbyła się narada przygotowująca spotkania — szczególnie te z Wałęsą i Vaclavem Havlem. Depesze z Warszawy i Pragi nie pozostawiały złudzeń, że obaj prezydenci poruszą kwestię bezpieczeństwa Europy Środkowo-Wschodniej i członkostwa w NATO. Na tym spotkaniu obecny był także specjalny doradca ds. polityki zagranicznej Strobe Talbott — z którego zdaniem Clinton bardzo się liczył. Talbott jednoznacznie opowiedział się przeciwko jakimkolwiek sugestiom, że USA gotowe są podjąć dialog ws. poszerzenia NATO. Argument był niezmiennie taki sam. Stanom Zjednoczonym, które odcinały kupony od zakończenia zimnej wojny i upadku muru berlińskiego, nie opłacało się antagonizować Rosji. Głównym interesem Ameryki, jak argumentował Talbott, miało być budowanie nowych, przyjaznych relacji z Moskwą.

Rano 22 kwietnia 1993 r. Clinton zapewne obudził się z podobnym nastawieniem. To, co wydarzyło się później, diametralnie zmieniło jego punkt widzenia. Nikt z doradców nie przewidział i nie docenił wpływu, jaki miała na Clintona opowiedziana wielokrotnie tego deszczowego i zimnego dnia historia Europy, a szczególnie Polski. Wystąpienia Eli Wiesela i zaproszonych przywódców, odnoszące się do tragicznych wydarzeń drugiej wojny światowej, wspominania ofiar Holokaustu.

Nastrój tego dnia publicysta “The Washington Post” Jim Hoagland nazwał “guilt tripping” (wywoływanie poczucia winy) w wykonaniu Havla i Wałęsy. Były to emocje, które poruszyły Clintona na tyle głęboko, że poczuł moralną potrzebę “zadośćuczynienia” za grzechy Zachodu, które doprowadziły do porzucenia Polski i Czech na pastwę Związku Radzieckiego. Antony Lake, doradca Clintona ds. bezpieczeństwa, napisał o tamtym dniu: “ten zimny, deszczowy dzień spotęgował zarówno moment moralnego obowiązku, jak i strategicznej szansy”.

Te wydarzenia pokazały, jak ważne w polityce są symbole i gesty. Jak istotne w dyplomacji są emocje, osobiste kontakty i wyczucie chwili.

Dla Clintona była to jednak trudna próba Realpolitik. Strategia polityki zagranicznej USA balansowała wówczas między budowaniem nowych relacji z Moskwą — dzisiaj nazwalibyśmy to “resetem” — i przeprowadzeniem ekspansji Sojuszu. Szybko okazało się, że są to obszary nie do pogodzenia.


Wkurzony Clinton

Zmiana nastawienia USA spotkała się z natychmiastową reakcją Moskwy, która rozpoczęła intensywną kampanię dyplomatyczną przeciwko poszerzeniu NATO. Frontalny atak nastąpił 5 grudnia 1994 r. w Budapeszcie, podczas szczytu głów państw OBWE.

W wystąpieniu Jelcyn zarzucił USA “ponowne dzielenie kontynentu i próbę dominacji, na którą Rosja się nie zgodzi”. Clinton nie spodziewał się takich słów. Był nimi “zszokowany”. N. Burns (doradca ds. Rosji) w tajnym memo napisał wtedy, że Clinton był “really pissed off” (niezwykle wkurzony). Lądując w Budapeszcie, Clinton był bowiem pewien, że jego wysiłki, by przekonać Jelcyna, odnosiły pozytywny skutek. Od kilku miesięcy dyplomacja amerykańska tłumaczyła, że rozszerzenie NATO “będzie powolne i inkluzywne, uwzględniające interesy Moskwy”. Miała temu służyć koncepcja “Partnerstwa dla Pokoju”, oferta powolnego procesu integracji z NATO, uwzględniająca także Rosję.

Pomysł był chybiony i nie spotkał się z ciepłym przyjęciem w Warszawie, która zintensyfikowała działania lobbyingowe, obejmując ich zakresem Kongres, środowiska politologiczne oraz szeroko rozumianą opinię publiczną. Intensywność kampanii na rzecz szybkiego poszerzenia NATO, której głównym moderatorem była Polska, zaskoczyła w równym stopniu Moskwę, jak i amerykańską administrację.

Ujawnione depesze Thomasa Pickeringa, amerykańskiego ambasadora w Moskwie, ukazują jednak ogromną, narastającą presję, pod jaką znalazł się Jelcyn, krytykowany wewnętrznie za “nadmierne uleganie” USA. W Moskwie narastało przekonanie — słuszne, jak się okazało wkrótce — że dominujący na Kapitolu Republikanie opowiedzą się jednoznacznie za poszerzeniem Sojuszu, nie biorąc pod uwagę stanowiska Rosji.

Clinton podjął jeszcze jedną próbę przekonania Jelcyna. Zgodził się na udział w uroczystościach 50-lecia zakończenia drugiej wojny światowej w maju 1995 r. (co było znaczącym krokiem, uwzględniając wydarzenia wewnątrz Rosji, w tym krwawą wojnę w Czeczenii). Jelcyn powitał go słowami: “poszerzenie NATO będzie krokiem poniżającym dla Rosji, zgoda na zbliżenie się Sojuszu do naszych granic będzie zdradą moich obywateli”.

Clinton miał jednak mocny argument, na który Jelcyn musiał zareagować. Zaoferował, w zamian za poparcie i współudział Moskwy w programie “Partnerstwo dla Pokoju”, wsparcie Jelcyna w czasie nadchodzących w Rosji wyborów. To dla Jelcyna było najważniejsze.

W tym czasie rosyjska dyplomacja i służby specjalne pracowały już na najwyższych obrotach, prowadząc na dużą skalę kampanię, która miała powstrzymać proces poszerzania Sojuszu. Koncentrowali się przede wszystkim na Demokratach. Do Republikańskich senatorów próbowali dotrzeć poprzez zaprzyjaźnione think-tanki i business, który miał plany inwestycyjne w Rosji.

Przykładem są działania dwóch demokratycznych senatorów. Tom Harkin i Paul Wellstone w końcu głosowali przeciwko poszerzeniu NATO, a w czerwcu 1997 r. skierowali do Clintona dwustronicowy list z “krytycznymi pytaniami” odnoszącymi się do poszerzenia. W liście zwrócili m.in. uwagę na koszty, jakie poniosą Stany Zjednoczone i na “rozdrobnienie” międzynarodowych zobowiązań USA w obszarze bezpieczeństwa.

Do Białego Domu dotarł też list 40 dawnych, wpływowych dyplomatów i urzędników, wzywających do zatrzymania procesu. Użyto wówczas zdania o “błędzie o historycznych proporcjach”. Do grona tego dołączyła także wpływowa — szczególnie w gronie Republikanów — wnuczka prezydenta Dwighta Eisenhowera. Susan Eisenhower publicznie wezwała Clintona do ponownej analizy “skutków regionalnych” decyzji o poszerzeniu NATO.

Wtórował jej Jack Matlock, znany i bardzo szanowany w Waszyngtonie były ambasador USA w ZSRR, który napisał wprost, że rozszerzenie osłabi NATO, “które utraci możliwość wypełnienia swojej oryginalnej misji”. Argumentował, że osłabiona rozpadem ZSRR Rosja nie stanowi zagrożenia dla Zachodu.

Inna wpływowa postać w Waszyngtonie, Michael Mandelbaum, ceniony za analizy byłego obszaru postradzieckiego, oceniał publicznie, że włączenie do NATO byłych republik bałtyckich ZSRR “grozi zniszczeniem” Sojuszu i będzie przez Moskwę nie do zaakceptowania.

W tym samym czasie opiniotwórczy Brookings Institution opublikował argumenty przeciwko poszerzeniu NATO:

- osłabi ono siłę artykułu 5. Paktu, zmieniając Sojusz z paktu obronnego w “deklaratywny klub polityczny”;

- bez uwzględnienia interesów państw byłego ZSRR (a te — jak Ukraina i kraje bałtyckie — mają realne powody do obaw przed Rosją) zaowocuje obniżeniem w nich poczucia bezpieczeństwa;

- ogromne koszty poszerzenia obciążą przede wszystkim amerykańskiego podatnika;

- po co w ogóle poszerzać NATO, skoro Partnerstwo dla Pokoju jest “właściwym narzędziem budowania środków zaufania w regionie”;

- poszerzenie nieuchronnie wywoła wrogie działania Moskwy, które “doprowadzą do ponownego podzielenia Europy”.

Wszystkie te argumenty wróciły w wystąpieniu Putina 10 lat później w Monachium. Teraz zaś mamy do czynienia z realnym zagrożeniem, bo nie poprzestał na słowach i atakując Ukrainę, rozpętał wojnę w Europie.


Dziwna koalicja

Proces poszerzenia NATO jest gotowym scenariuszem wieloodcinkowego serialu sensacyjnego. Przykładem — chyba także na desperację i bezsilność Moskwy — są m.in. wydarzenia z 1998 r., w samej końcówce kampanii na rzecz poszerzenia, na tydzień przed historycznym głosowaniem w Senacie USA.

Z dnia na dzień powstała wówczas koalicja zrzeszająca nieznanego producenta płyt Rhino Records, zabawek Hasbro Inc. oraz lodów Ben&Jerry’s Ice Cream. Koalicja, wspierana przez ultrakonserwatywny CATO Institute, uruchomiła kampanię last minute, by powstrzymać proces poszerzenia NATO. Jej hasłem było “Hey, let’s scare the Russians”, co miało wywołać strach przed reakcją Moskwy.

Ta zagadkowa - choć zapewne nie dla jej animatorów w Moskwie — i dziwna koalicja niewiele wskórała. Nieprzypadkowo, gdy idzie o Ben&Jerry’s, kampania zbiegła się w czasie z wchodzeniem lodów na rynek w Rosji. Warto ten fakt przypomnieć, szczególnie że lody B&J’s są w Polsce dzisiaj bardzo popularne. Tymczasem projekt inwestycyjny B&J w Rosji zakończył się po kilku latach spektakularną klapą."


Obraz: *Internet

czwartek, 13 marca 2025

ZAGROŻENIE wciąż jest realne - wywiad

 "Gen. Leon Komornicki: Rosjanie przygotowują się do nowej wojny


- Ukraina nie ma szans wygrać. Trzeba kończyć wojnę, podpisywać pokój i dać sobie pauzę strategiczną. Europa i USA dostaną czas, ale Kreml ma go nieustannie. Na zapleczu buduje masową armię. Jeśli nie dojdzie do zawarcia pokoju, a rozłam w NATO będzie postępował, Rosja zaatakuje kraje bałtyckie. To może stać się pod koniec tego roku albo na początku przyszłego. Inwazja jest w ich planie - mówi Interii gen. Leon Komornicki, były zastępca szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego.

* * *

Jakub Szczepański, Interia: Jakie widzi pan szanse na powodzenie rozmów pokojowych między Ukrainą i Rosją, w formule, którą dotychczas proponują Stany Zjednoczone?

Gen. Leon Komornicki, były zastępca szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego: - Trudno do końca definiować amerykańską strategię. Stary Kontynent, politycznie, jest na kursie kolizyjnym ze Stanami Zjednoczonymi i podejmuje wysiłki, które niewiele zmienią. To oczywiście ważne, żeby Europa się mobilizowała, ale do usamodzielnienia się od USA daleka droga. Mówimy o jakiejś dekadzie. Polityka niepoparta siłą, w rywalizacji globalnej, jest karłowata.

Jeśli chodzi o zdolności bojowe NATO, Europa to 20 proc., a Stany Zjednoczone 80 proc. Czy w tej sytuacji, biorąc pod uwagę działania Donalda Trumpa, jesteśmy w stanie pośrednio prowadzić wojnę z Rosją?

- Jeśli weźmiemy pod uwagę liczby, nie ma tu równowagi, a co mówić o przewadze. Europa nie ma siły. Nieprzypadkowo Donald Trump ostrzega przed dalszą wojną, opiera się o najbardziej wiarygodne dane wywiadu amerykańskiego. Amerykanie wiedzą, co dzieje się w Rosji, jakie są jej dalsze plany. Stany Zjednoczone mają świadomość, że nie są gotowe na podjęcie wojny z Moskwą.

Skoro nie są gotowi na wojnę z Kremlem, mają prawo do szantażu wobec Europy?

- Nie szantażują tylko pokazują miejsce! "Jeśli jesteście gotowi nas zastąpić, zróbcie to: negocjujcie z Rosją, dostarczajcie sprzęt walczącej Ukrainie" - mówią. A przez ostatnie trzy lata wojny nie ma żadnej większej refleksji na Starym Kontynencie. Nie wyprodukujemy amunicji potrzebnej Ukrainie, gdzie są samoloty? Ukraińcy rozwijają własne zdolności, ale nie osiągną tego, co posiada Rosja. Trzeba zauważyć, że za naszą wschodnią granicą walczy tylko rosyjski kontyngent. Główne siły sposobią się do nowej wojny.

I ta nowa wojna wybuchnie, jeśli konflikt z Ukrainą potrwa dłużej?

- Jeśli trwającą konfrontacja będzie się przedłużać, a relacje europejsko-amerykańskie osłabną, art. 5 Traktatu Północnoatlantyckiego nie zadziała. Stany Zjednoczone, jako państwo odgrywające główną rolę w sojuszu, nie zagłosują za. Amerykanie, w obecnej sytuacji, nie są zainteresowani wojnami, które ich tylko osłabiają. Tymczasem Europa przekazała swój sprzęt Ukrainie, braków nie uzupełniono. Nie jesteśmy zdolni chociażby do odparcia zmasowanego ataku powietrznorakietowego Rosji, jaki znamy z Ukrainy.

W razie ataku na Europę, Stany Zjednoczone nie uruchomią art. 5?

- Nie będą za. Nie są zainteresowani wojną.

Nie mają zobowiązań sojuszniczych, bo nie są zainteresowani wojną?

- Stawia pan pytania, które są podobne do stanowiska Europy w całej tej dyskusji. Stany Zjednoczone to jakaś Matka Teresa?

Traktaty sojusznicze nie obowiązują Stanów Zjednoczonych za Donalda Trumpa?

- Jako prezydent Stanów Zjednoczonych nie działałbym wbrew interesom Stanów Zjednoczonych. Ich sytuacja, w relacji z Chinami, jest dramatyczna. To dla nich problem. Weźmy pod uwagę, że USA uczestniczyły w odparciu ataków rakietowych Iranu na Izrael. Wyczerpali w ten sposób 50 proc. stanu systemu rakietowego Patriot. Ich przemysł zbrojeniowy nie pracuje w trybie wojennym jak w Rosji, nie przestawią się. Władimir Putin tylko czeka na pogorszenie relacji USA-Unia Europejska. Przecież przyszły kancelarz Niemiec, Friedrich Merz z CDU mówi już teraz, że NATO jest niepotrzebne.

Friedrich Merz powiedział jedynie, że Stany Zjednoczone nie udzielą pomocy w trybie art. 5 Sojuszu Północnoatlantyckiego, więc NATO przestaje mieć rację bytu. To chyba nie znaczy, że NATO jest niepotrzebne?

- Zaraz, zaraz... Tak mówi przywódca partii, który chce zapobiec katastrofie? Taka wypowiedź świadczy o kursie przeciwstawnym ze Stanami Zjednoczonymi. W najczarniejszym scenariuszu Amerykanie będą chcieli odejść z NATO. Nie mówię, że tak będzie, ale nie robimy nic, żeby to się nie wydarzyło.

"Jeśli trwającą konfrontacja będzie się przedłużać, a relacje europejsko-amerykańskie osłabną, art. 5 Traktatu Północnoatlantyckiego nie zadziała. Stany Zjednoczone, jako państwo odgrywające główną rolę w sojuszu, nie zagłosują za." - Gen. Leon Komornicki

Na ten moment europejscy politycy deklarują, że wydamy 800 mln euro na zbrojenia w ramach europejskiego planu zbrojenia. Po konferencji monachijskiej zaczynamy się budzić. Donald Trump to uwzględnia, skoro jego wypowiedzi się nie zmieniają?

- Pieniądze to nie zdolność bojowa. Rozmawiamy o tym, co jest dzisiaj, nie za dekadę. Kwestia, jak zbudować zaplecze. Kto się nim zajmie? Czy górę weźmie francuski czy niemiecki przemysł zbrojeniowy? Co z polskim przemysłem? Dlaczego Kanada zrezygnowała z F-35? Bo jeśli wejdą w posiadanie tych samolotów, mogą stracić dostęp do kodów źródłowych, którymi dysponują Amerykanie.

Obserwowaliśmy publiczną sprzeczkę między Elonem Muskiem i Radosławem Sikorskim odnośnie Starlinków. Czy ze względu na argumenty siłowe po stronie amerykańskiej, o których pan mówi, powinniśmy trzymać gębę na kłódkę?

- Milczenie to najgorsze, co może być. Mamy ogromną szansę, żeby wiele wygrać. Warunek: nie możemy przyjmować narracji europejskiej i prowadzić polityki sprzecznej ze Stanami Zjednoczonymi. Powinniśmy popierać to, co robi Europa, ale nie oglądając się na nią. Przy uwzględnieniu, że sojusz z USA jest kluczowy. Jako Polska mamy reprezentować interesy wschodniej flanki NATO. Trzeba konsolidować, pracować z Bałtami, Rumunią, Skandynawią i Turcją. W ślad za wypracowaniem strategii, zdefiniować nasze oczekiwania. W pyskówce Musk - Sikorski nie ma grama przypadku.

Co to znaczy?

- Elon Musk mówił o Starlinkach dotyczących Ukrainy, ale nie o nas. My je finansujemy, ale to trochę na zasadzie "uderz w stół, a nożyce się odezwą". Na słowa Amerykanina powinien zareagować szef ukraińskiego MSZ, czy premier. Jako Polska powinniśmy reagować, ale nie wchodzić w nic nie wartą pyskówkę, tylko używać dyplomacji. Więcej zastanowienia nad słowami. Nie mamy sił na zderzenie ze Stanami Zjednoczonymi. Tu, z góry, jesteśmy na przegranej pozycji. Oby to wszystko nie przełożyło się na realny stosunek USA do Polski.

Ukraina ma szanse na wygraną z Rosją?

- Nie, to iluzja. Rosja nie przegrywa, wciąż ma strategiczną przewagę w przestrzeni powietrznej. Kreml chce świadomie eksterminować ukraińskiego żołnierza, a nie zdobywać teren. Trzeba kończyć wojnę, podpisywać pokój i dać sobie pauzę strategiczną. Europa i Stany Zjednoczone dostaną czas, ale Kreml ma go nieustannie, bo na zapleczu buduje masową armię. Jeśli nie dojdzie do zawarcia pokoju, a rozłam w NATO będzie postępował, Rosja zaatakuje kraje bałtyckie. To może stać się pod koniec tego roku, albo na początku przyszłego. Inwazja jest w ich planie.

I nikt nie obroni Bałtów?

- Kiedy w Londynie Wielka Brytania organizowała spotkanie, dziwnym przypadkiem nie zaproszono krajów bałtyckich. To oczywiste, że europejscy przywódcy myślą o scenariuszach, w których Rosja atakuje Litwę, Łotwę i Estonię. Czy Europa, bez uruchomienia art. 5 ze strony Stanów Zjednoczonych, pomoże sojusznikom? Niech każdy sam, logicznie myśląc, odpowie sobie na to pytanie.

"Kiedy w Londynie Wielka Brytania organizowała spotkanie, dziwnym przypadkiem nie zaproszono krajów bałtyckich. To oczywiste, że europejscy przywódcy myślą o scenariuszach, w których Rosja atakuje Litwę, Łotwę i Estonię." - Gen. Leon Komornicki

Donald Trump stwierdził, że Ukraina może nie przetrwać, niezależnie od amerykańskiego wsparcia. Mówił również o niesprecyzowanych słabościach Stanów Zjednoczonych względem Kremla. Co pan na to?

- Możemy o tym dyskutować na pewnym poziomie abstrakcji. Stany Zjednoczone straciły prymat, nie mają sił, co potwierdzają dane wywiadu. Chiny tylko czekają, żeby Amerykanie dali się wplątać w awanturę. Wtedy mają spokój na Pacyfiku, robią, co chcą z Tajwanem. Czeka też Iran. To wszystko naczynia połączone. Dlatego Amerykanie chcą szybko wygaszać wszystkie konflikty, skoncentrować się na Pacyfiku i sprawach wewnętrznych. Pamiętajmy, że w XXI w. wojna trwa w przestrzeni informacyjnej.

Informacja jest tu cenniejsza niż karabin?

- Chodzi o zarządzanie świadomością społeczeństw. Bo ludzie są filarami systemów obronnych państw. Europejczycy są słabi, spolaryzowani, starzejemy się. Brakuje personelu, dlatego trzeba pracować chociażby nad uzbrojeniem.

Co ma pan na myśli?

- Dlaczego czołg nie miałby być jednoosobowy, jak samolot? Jeden operator, zamiast czteroosobowej załogi. Mamy deficyt ludzi, postawy się zmieniają. Drony lądowe, automatyzacja, robotyzacja to perspektywa. Na to trzeba ogromnych pieniędzy, ale to odbije się na społeczeństwach. Europa zbroi się z kredytu, trochę na zasadzie hulaj dusza, piekła nie ma. Jesteśmy gotowi żyć biednej, żeby prowadzić bezsensowną wojnę? Nie sądzę.

Mówi pan o bezsensowności wojny, ale to Kreml jest agresorem, a od 2022 r. walki trwają. To wina złego zarządzania i kiepskiej pomocy Zachodu?

- Za czasów Joe Bidena to Stany Zjednoczone zarządzały eskalacją wojny. Problemy, które obserwujemy obecnie na Ukrainie, to zasługa jego ekipy. Stan zastany. Przypomnijmy, początkowo Niemcy wysyłali zardzewiałe hełmy. Amerykanie zgodzili się na użycie HIMARS-ów i ataki w głąb terytorium Rosji dopiero w listopadzie 2024 roku! Dlatego, że wojna miała trwać, a nie zostać wygrana. Jako Europejczycy właśnie na to się zgadzaliśmy, jesteśmy hipokrytami.

Wydaje się, że po amerykańsko-ukraińskich rozmowach w Arabii Saudyjskiej mamy przełom. Amerykanie wznawiają wsparcie militarne i wywiadowcze, mówi się o zawieszeniu broni. To dobry znak?

- Oczywiście. Ani Ukrainie, ani Stanom Zjednoczonym, ani Europie trwająca wojna jest niepotrzebna. Ona nic nie daje tylko rozbudza nadzieje wśród Ukraińców na zwycięstwo, realizację celów politycznych oraz wyniszcza potencjał Zachodu, USA, a także Ukrainy. Jeżeli mamy pieniądze, sprawniejsze zarządzanie i zdolności, wykorzystamy pięć lat i zbudujemy adekwatny potencjał odstraszający. Wtedy Rosja nie waży się zaatakować. W razie zamrożenia wojny, będziemy obserwować wyścig z czasem, dojdzie do kolejnej zimnej wojny. To wtedy Stany Zjednoczone zagwarantują bezpieczeństwo Europie i krajom wschodniej flanki NATO."

Jakub Szczepański

Widmo rosyjskiej inwazji napędza wyobraźnię milionów ludzi w Europie. Zwłaszcza w krajach graniczących z Federacją, doświadczonych już skutkami rosyjskiego imperializmu. Strach narasta w ostatnich tygodniach, po tym jak Donald Trump zdaje się "zwąchiwać" z Władimirem Putinem, a Stany Zjednoczone dążyć do resetu z Rosją.


Obraz: *Internet

wtorek, 11 marca 2025

HISTORIA powtarza się


 Jak to dobrze, że Historia dokumentuje wszystko co nas bezpośrednio dotyczy. Na przestrzeni dziejów zawsze znajdował się ktoś, kto swoją żmudną pracą przelewał na karty codzienność każdej z epok. Możemy podziękować wszelkiej maści kronikarzom, pisarzom czy historykom, że każdy z nich razem czy z osobna, zechcieli uwiecznić dzieje swojej epoki. Dzieje, mające dzisiaj wielką historyczną wartość. Stąd wiemy jak układały się losy wielkich mocarstw. Wiemy o tragediach wojennych, o hekatombach ofiar składanych na ołtarzu głupoty i bezmyślności przywódców, którym zdawało się, że władza jest im dana na wieczność. Wiemy co z tą władzą robili i jak ostatecznie się ona kończyła.

Historia tych mocarstw jest wstrząsająca. Cesarze, królowie, przywódcy i inni watażkowie, by utrzymać się przy władzy, przelewali krew własnych narodów. I dzieje się tak odkąd świat istnieje. Cierpiały społeczeństwa, a Historii przybywało kart, z których aż zionęło wszelkiego rodzaju tragizmem. Dzisiaj nie jest inaczej. Różnica między tamtym czasem a współczesną rzeczywistością polega na tym, że mamy wybrukowane drogi, po których jeździmy super samochodami i cieszymy się rozwijającą się błyskawicznie super technologią. Różnica jest jeszcze taka, że nasi przywódcy mają dzisiaj lepsze zabawki, z pomocą których utrzymują swoją władzę i za wszelką cenę próbują utrzymywać w karnych ryzach swoje społeczeństwa. 

Transformacja, proces zmian, zakłócany siłą znany nam dotychczasowy porządek, próba wpływania na nasze charaktery/zachowania, z tym właśnie mamy do czynienia. A oznacza to wszystko ni mniej ni więcej to, że podobno będzie lepiej. Oto każe nam się porzucić starą rzeczywistość jaka funkcjonowała, by zastąpić ją nowym początkiem "nowego świata". Ameryka jest tego przykładem. Narzuca nam (światu), byśmy stali się za jej wzorem, własnym katem wolnego świata, byśmy stali się jego wrogiem. Ten styl usiłuje nam właśnie narzucić nie kto inny, a nowy/stary prezydent USA Donald Trump i jego nowa "drużyna". Lider tworu, którego istota nie mieści się w głowie. Ameryka budząca do niedawna podziw, teraz gorszy, oburza, wzbudza gniew.

Wspólnym mianownikiem łączącym cesarstwa, imperia czy mocarstwa jest to, że zawsze w pewnym momencie następował przesyt. Społeczeństwa wraz ze swoimi władcami zachłystywały się dobrostanem i nie wiedząc co z nim zrobić same się nim dusiły niszcząc siebie i swoje państwa. Dochodziło do wojen i wielkich wręcz historycznych tragedii. Przywódcy zazwyczaj tracili życie, społeczeństwa zostawały niemiłosiernie dziesiątkowane, państwa z wielkim trudem podnosiły się ze zgliszcz. I co? Mijały kolejne wieki, a ludzkość niczego się nie nauczyła. Wciąż prze do przodu kosztem spokojnego życia, kosztem stabilności, kosztem pokoju. Uczenie się na błędach nie leży w zwyczaju.

Ameryce znudził się spokój, znudził się aktualny porządek. Ameryka działaniami nowego prezydenta zrywa z tym porządkiem, wprowadzając w czyn, na inny groźniejszy dla świata poziom, nowe relacje polityczne kolaborując z Rosją Putina. W ten sposób staje się niewiarygodna dla świata, staje się parodią tego, co dziesiątkami lat wypracowywali poprzednicy Trumpa. Ameryce Trumpa nie można już wierzyć, można jej już tylko współczuć. A była przykładem walki dobra ze złem (cokolwiek to dla milionów znaczyło). Była dobra w walce z Niemcami Hitlera, ze Związkiem Radzieckim Stalina/Breżniewa, po walkę z islamskimi terrorystami. Ci ostatni już nie żyją, a świat nadal istnieje.

Przed Trumpem Ameryka miała wielu prezydentów, niemal każdy z nich zapewniał, "że Ameryka zapłaci każdą cenę i uniesie każdy ciężar, wesprze każdego przyjaciela i przeciwstawi się każdemu wrogowi, by zapewnić przetrwanie i sukces wolności". Taki przekaz szedł do wolnego świata. Przekaz wolności i praw człowieka. Nic z tego nie zostało. Nie zostało, ponieważ w styczniu 2025 roku Amerykanie dokonali wyboru. Na swojego kolejnego prezydenta wybrali człowieka, który wprowadził chaos, i który tym chaosem nie potrafi zarządzać. Chyba, że wprowadził ten chaos świadomie. W miejsce światła wolności i praw człowieka wprowadził ciemność i zło. Ciemność i zło, że powtórzę. 

Biały Dom objął teraz w posiadanie człowiek, któremu małostkowość i podłość nie są obce. Można by śmiało powiedzieć, że jeszcze nigdy nie zdarzyło się, by praktycznie w pojedynkę i tak szybko został zniszczony dorobek tak wielu. A może jednak się zdarzyło? Może Historia i w tym względzie się powtarza? Stan faktyczny na dzisiaj jest taki, że pod wpływem Trumpa Ameryka  zmienia się na gorsze. Pogardza wartościowymi sojusznikami, a sprzymierza się z brutalnym mordercą i agresorem, zbrodniarzem wojennym, który nie szanuje życia ludzkiego. Czy Donald Trump jest taki ślepy, taki krótkowzroczny, że nie widzi, iż niszczy własną ojczyznę? Że przez to zaślepienie hołduje tyranii?

Dlaczego skreśla zasady Karty Atlantyckiej (zasady samostanowienia narodów), tak ważny fundament istnienia wspólnoty państw Zachodu? Dlaczego stał się bezmyślnym destruktorem dorobku narodowego własnego kraju? By co? By zadowolić swojego "przyjaciela" Putina? Dodajmy znienawidzonego przez miliony? Poprzednicy Trumpa, gdy mieli kiedykolwiek do czynienia z Rosją, chcieli tę Rosję pokonać, a nie klęknąć przed nią na kolana, nie poddać się jej. Rozumiem, że Trumpowi jak każdemu innemu podobnemu do niego przywódcy i z takimi samymi ambicjami, zależy na władzy do końca życia (patrz np.: Kaczyński). Rozumiem to. Ale przecież tej władzy nie weźmie do grobu! Ani on, ani jemu podobni.

Żyjemy dzisiaj w takim świecie, że nikt w pojedynkę nie da rady. Nie da, ponieważ zależność zaszła zbyt daleko. Jeden od drugiego jest dzisiaj zależny niemal pod każdym względem. Świat potrzebuje spokoju, potrzebuje dobra, szacunku i dobrze pojmowanej współpracy. Dzięki Trumpowi Ameryka (i nie tylko) może stać się światowym wyrzutkiem, moralną katastrofą. Przestanie być liderem, stanie się persona non grata. Stanie się toksyczna, słaba i nijaka. Jako zdrajca narodów zostanie przez Rosję porzucona. Putin tak właśnie robi, korzysta ze zdrady, a samych zdrajców potem porzuca. Trump owszem będzie przywódcą, ale skompromitowanego na lata śmietniska. 

Ktoś taki nie zasługuje na sympatię reszty świata. Amerykanie odczują to, prędzej czy później, ale boleśnie to odczują. Bowiem ktoś, kto nie szanuje sojuszników, depcze wartości, prowokuje głęboki izolacjonizm, ten ktoś traci na znaczeniu, traci prestiż bycia najważniejszym wśród ważnych. Staje się pośmiewiskiem i przestaje być liderem. Masakra! O Ameryce Trumpa można mówić, że pod tym względem jest mocarstwem przegranym. O samym Trumpie można powiedzieć, że jest narzędziem zła. Ameryka przestaje być znaczącą i szanowaną w świecie potęgą. Przestaje na własne życzenie. Skompromitowała się na amen i to jest bardzo zła wiadomość dla Amerykanów. 

Smutne to i przygnębiające, że mocarstwo jeszcze tak niedawno obiecujące bronić wolnego świata, stało się dla tego świata i dla siebie, śmiertelnym zagrożeniem. A stało się to zaledwie w kilka tygodni.

Ciekawa jestem, kiedy Donald Trump zauważy, że na oczach świata, Władimir Putin patrząc mu prosto w oczy, ogrywa go na całego?


Obraz: *Internet

sobota, 8 marca 2025

A P E T Y T na władzę

 


Czyżby Historia miała się powtórzyć? Pytam, ponieważ bardzo niepokoją mnie informacje, jakoby Unia Europejska miała pójść na kompromis z Rosją i zgodzić się na finansowanie "przesyłu rosyjskiego gazu przez Ukrainę na Słowację". Dlaczego miałaby to zrobić? Bo co? Bo obowiązkowa unijna jednomyślność? Bo unijne prawo weta? Taki smaczek opublikował portal Politico. Ciekawa jestem do ilu czytelników docierają takie i inne podobne wiadomości. Jeżeli naprawdę myśli o tym Unia, to chyba nie jest dobrze. Nie jest dobrze w sytuacji, jaką zgotował światu sojusz Trumpa z Putinem. Bo, że zawiązali sojusz między sobą, nie ulega żadnej wątpliwości.

Dwóch facetów chce rządzić światem. Chcą podzielić świat między siebie i między swoich "przyjaciół", którym marzy się jeszcze większa władza. Usiłują mieszkańcom globu podyktować własne warunki i zmusić do życia według własnych zasad. Za te zmiany Trump wziął się niemal od pierwszego dnia prezydentury, publicznie o tym informując i wprowadzając niektóre swoje postanowienia w życie. Publika obserwuje zmagania tych dwóch i komentuje. Tymczasem Unia Europejska robi to, co robi. Zbyt wolno, jakby nie wisiało nad nami żadne niebezpieczeństwo. Ta powolność nie podoba mi się, bo uważam, że marnowany jest czas. Kiedy Unia gada, Trump i Putin robią swoje.

Całe szczęście, że nasz premier Tusk i minister Sikorski wyróżniają się trzeźwością umysłu i mądrością działań. Całe szczęście, że mocno uaktywnił się prezydent Francji i stanowczym głosem mówi o zagrożeniu, jakim jest Rosja. Całe szczęście Norwegia zgłasza gotowość pomocy dla Ukrainy, mimo cofnięcia tejże przez USA. Podoba mi się również sabotowanie amerykańskich towarów przez różne kraje. I całe szczęście, że amerykanie budzą się. Dociera do nich wreszcie, jakie konsekwencje nie tylko dla samej Ameryki, ale i dla świata, spowodowały ich decyzje dotyczące wyboru na urząd prezydenta, Donalda Trumpa. Na własne oczy widzą kogo sobie wybrali.

Na własne oczy widzą Trumpa, który przecież dopiero się rozkręca, a który już przyznaje się otwarcie do braku umiaru, do tego, że ma chrapkę na trzecią, a nawet czwartą kadencję, mimo coraz mniejszego poparcia, mimo nieubłaganej biologii. Ten człowiek ma za sobą dopiero kilka tygodni sprawowania urzędu, a już jego apetyt na wszechwładzę poszybował w niebo. Nie ogląda się na nikogo. Nie słucha nikogo. Łamie Konstytucję własnego państwa, z której to Konstytucji Amerykanie są tak dumni. Łamie prawo i usiłuje wprowadzić własny porządek. Pozwala swoim pracownikom (Musk, Vence i innym sługusom) na wprowadzanie chaosu nie tylko informacyjnego.

Zachowuje się tak, jakby z amerykańskiej demokracji chciał zrobić amerykańską dyktaturę, jakby Amerykę chciał przemianować na Amerykę Trumpa. Amerykę Trumpa, w której każdemu kto krytykuje jego porządki grozić ma więzienie. Przykładem straszenie studentów i władz uczelni, które w przyszłości miałyby być "nieposłuszne". Czy coś takiego, czegoś nam nie przypomina? Takich rządów PiS na przykład? Która to władza PiS robiła dokładnie to samo przez niezapomniane długie osiem lat. Co za zbieg okoliczności, nieprawdaż? Trump i Kaczyński ze swoimi zwolennikami zachwycający się wprost Putinem i jego (niestety skutecznymi) metodami sprawowania władzy autorytarnej.

Wystarczy przypomnieć sobie przeszłość obu i poobserwować ich reakcje. Albo wystarczy obserwować PiS i Konfederację, jak zachowują się, co mówią i jak gloryfikują Putina i Rosję. To obraz tego, czego możemy się spodziewać, gdy nie daj Boże wygrają wybory prezydenckie i następne parlamentarne. Gdyby tak się stało, Historia może się powtórzyć i znowu Polska pod każdym względem mogłaby być zależna od Rosji. Czy działacze partyjni i zwolennicy PiS i Konfederacji zdają sobie sprawę z tego, co sobie życzą? Czy są na pewno świadomi, że swoimi wyborami mogą sprowadzić na nas ZŁO, którego stosunkowo niedawno tak skutecznie się pozbyliśmy? 

Z powodu pozytywnych opinii o prezydencie Ameryki, jakie to opinie od lat dumnie głoszą politycy PiS i polski prezydent, to ostatni dzwonek na otrzeźwienie. Jak nazwać taką postawę? Jak najostrzej, powiedziałabym, bo nie jest to zachowanie godne pochwały. Z punktu widzenia racji stanu, nie jest to normalne zachowanie. Nie są to poglądy zgodne z naszym, polskim interesem. To żadne poglądy. Szczególnie, gdy sytuacja geopolityczna jest tak groźna. A jest groźna, ponieważ nowa amerykańska administracja bez oporu i otwartym tekstem zgadza się z polityką Putina. Nie rozumiem tego na wskroś populistycznego i prowadzonego bez żadnej wyobraźni poparcia.

Nie mogę zrozumieć tego, co wyczyniają przywódcy Rosji i USA. Nie rozumiem aż nazbyt ostrożnego zachowania się  Europy, które może doprowadzić do zwiększonej eskalacji ze strony Rosji. Patrząc na te zachowania, aż chce się powiedzieć, że niektórzy europejscy przywódcy stają się na naszych oczach takimi użytecznymi idiotami Putina i jego "przyjaciół". Unia wciąż nie jest jednomyślna, nie wiadomo na co czeka. A zagrożenie ze strony Rosji jest prawdziwe. Jest realne. Dobrze by było wreszcie zawrzeć konkretny i silny sojusz na tę okoliczność. Dobrze by było wreszcie konkretnie się dozbroić. Dobrze by było wspomóc Ukrainę, by wygrała tę bezsensowną wojnę.

Rosja to śmiertelny wróg całego wolnego świata. To zagrożenie, z którym trzeba się zmierzyć tak, by przestała być zagrożeniem. To gorzka prawda i bardzo trudna rzecz do zrobienia.


Obraz: *Internet

środa, 5 marca 2025

STRACH się bać


Wielu zastanawiało się i nadal zapewne zastanawia nad tym , jak ludzie radzą sobie ze strachem. Jak radzą sobie z nim w pojedynkę albo w mniejszych lub większych zbiorowiskach. W dobie zagrożenia światowym konfliktem zbrojnym, walka ze strachem o życie staje się ekstremalnym wyzwaniem. Mnie zastanawia ile jeszcze ludzkość zniesie? Jak długo będzie oddawała się głupocie i naiwności, że to co ma, będzie miała zawsze? Jak długo każda społeczność każdego państwa, albo przynajmniej jej połowa, będzie oddawała władzę w ręce niestabilnych, niezrównoważonych cwaniaków? Czy tacy wyborcy nie boją się utraty świata jaki znają? Gdzie rozum? Gdzie podziała się wyobraźnia? 

Granica strachu przed najgorszym w dzisiejszym świecie i rzeczywistości, nie wiadomo gdzie stoi. Ludzie są słabi emocjonalnie, upośledzeni umysłowi i intelektualnie, skoro głosują na takiego Trumpa, Putina, Kima i im podobnych. Gdzie stoi ich próg strachu przed końcem świata? Czy ta połowa niestabilnych nie boi się nawet wtedy, gdy dla własnego dobra bać się powinna? Nie boi się konsekwencji własnych wyborów? Ten kto się nie boi, jest durniem do kwadratu. Jest ofiarą własnej głupoty. Ja boję się niepewności jutra. Boję się niestabilności. Boję się bardzo zmian, zbyt radykalnych zmian, które nas niechybnie czekają. Wydaje się nawet, że jest już za późno, by chociaż zatrzymać to szalone koło.

Szczerze mówię, otwartym tekstem przyznaję, że jestem okrutnie zaniepokojona tym, co dzieje się w światowej geopolityce. Mój psychiczny dobrostan został zachwiany z powodu zachwiania bezpieczeństwa Polski i ogólnoświatowego bezpieczeństwa. W całym tego słowa znaczeniu. Nie rozumiem, że inni tego nie rozumieją, że wojna to nic dobrego. A ten kataklizm właśnie wisi nad naszymi głowami. Co takiego stało się z najważniejszymi przywódcami, że stawiają na szali nasze życia? Że nie chcą już utrzymywać prawdziwych pokojowych sojuszy, tylko sprzymierzają się z dotychczasowym wrogiem? Co im padło na mózgi, że za wszelką cenę chcą zakłócić dotychczasowy porządek? 

NATO z godziny na godzinę staje się przeszłością. Nie wiadomo czy art. 5 traktatu NATO jeszcze obowiązuje. Wszelkie gwarancje bezpieczeństwa stają się na naszych oczach mniej warte od papieru, na którym zostały spisane. Jeśli to się wydarza, to znaczy, że Trump otwiera Putinowi drzwi do Europy, a tym bardziej do Polski. Wszyscy, choćby europejscy przywódcy, to widzą i o tym wiedzą. Zamiast natychmiast działać, wciąż gadają, wciąż opowiadają nam co trzeba zrobić. Tracą czas. Tracą tak bardzo cenny dla nas czas. I czego tu do diaska nie rozumieć? Jeżeli są tacy, którzy nie odczuwają strachu przed konsekwencjami działań szaleńców, to po prostu są głupi. Takich głuchych i ślepych śmiało można nazwać zdrajcami.

"W ostatnich 300 latach ruskich wojsk nie było w Warszawie tylko przez 50 lat, 20 lat międzywojnia i 30 ostatnich. Obecność Rosjan była tu więc przez stulecia raczej normą niż wyjątkiem. I przyznaję, że z trwogą myślę o tym, że norma może ożyć, a wyjątek okazać się chwilowym kaprysem historii" - Tomasz Lis.

Jestem emerytką, a więc pamiętam dawną edukację. Pamiętam lekcje rosyjskiego. Nawet je lubiłam. Może przez to, że jakimś cudem tkwi we mnie słowiańska dusza? Może. Jednak po ludzku wstyd mi za ruską mentalność, która każe dzisiejszym obywatelom Rosji tęsknić za imperializmem, każe przywoływać go i utrwalać. Wstyd mi za ich niezrozumiałe chamstwo i niezrozumiałe zamiłowanie do brutalności, które na tle rosyjskiej kultury wyglądają co najmniej dziwnie. To wszystko nie skleja mi się. Putin za wszelką cenę chce przywrócić Rosji dawne (nie dzisiejsze) znaczenie mocarstwa. Cokolwiek to dla niego samego znaczy. A czyni to świadomie i kosztem świata, kosztem nawet własnego narodu. 

Ubolewam, bardzo ubolewam, że w Polsce i innych krajach nie brakuje osobników, którzy tak chętnie sprzyjają Rosji. Ubolewam, że tak łatwo stają się za ich pieniądze zdrajcami. Przykładem bardzo wyraźnym są politycy i przedstawiciele dzisiejszej polskiej opozycji (PiS, Konfederacja) mieniący się otwarcie przyjaciółmi Putina. Sami o tym mówią, wszem i wobec. Wiadomo nie od dzisiaj, że ZE ZDRADY SIĘ KORZYSTA, A ZDRAJCÓW SIĘ POZBYWA. Współczesnych (i nie tylko) przykładów, tylko z ostatniego dziesięciolecia, nie brakuje. Przykładów, na konsekwencjach których nikt się nie uczy. Wielu naszych polityków nie ma poczucia zagrożenia i nie wybiega wyobraźnią w najbliższą przyszłość.

W przyszłość, kiedy to tak uwielbiany przez nich Putin wykorzysta ich na swój sposób, a potem się od nich odwróci. Nie przyjmują tego do wiadomości. Tak jak kierowca jadący zbyt szybko, nie przyjmuje do wiadomości, że konsekwencją szybkiej jazdy jest utrata nie tylko własnego życia, ale i życia innych ludzi. Czy zatem nie boją się przyszłości (politycy), jaką sami sobie gotują? Strach to dziwne zwierzę, ujawnia się wtedy, gdy jest już stanowczo za późno na cokolwiek. Każdego dnia widzę, że jest się czego bać. Każdego dnia, gdy słucham i oglądam chociażby TV. Tak naprawdę to z każdej strony widać, słychać i czuć strach. Do wielu rzeczy można się przyzwyczaić, do strachu nie przyzwyczaję się nigdy.

Ktoś inny powie, że ze strachem można żyć. Tylko co to za życie? Wieczny stres o wszystko. Zero stabilności, zero spokoju i niewiadoma, co będzie jutro. Na świecie wiele jest miejsc (Ukraina, Korea Płn., Syria, Afryka, Gaza) gdzie ludzie są zmuszani do zaakceptowania strachu, do zaakceptowania rzeczywistości w jakiej przyszło im żyć. I jest tak, że akceptują, bo nie mają wyjścia. Są za słabi by reagować. Są z tego powodu osowiali i smutni, bez żadnej nadziei, bez jakichkolwiek lepszych widoków na lepsze życie. Ludzkość przeżyła po wielokroć wszelkie kataklizmy. Historia to uwieczniła na swoich kartach. Ludzie musieli i wciąż muszą JAKOŚ dawać radę. I koło zatacza, bo znowu grozi nam kolejna wojna światowa.

Ktoś mnie niedawno zapytał, co zrobię, gdyby wybuchła wojna? Jak to co? odpowiedziałam, jak tylko gdziekolwiek mnie mimo wieku zechcą, to pójdę i będę robić wszystko co zdołam. Nie będę siedzieć z założonymi rękami. Bo lepiej się bić, mimo strachu. Należę do pokolenia powojennego. Nie znam wojny fizycznie, ale znam z opowiadań moich rodziców, znam z książek i z Historii. I wiem jedno, że gdy los sprawi, że dotknie nas wojna, to pożegnam się z dotychczasowym komfortem życia, by stawić czoło nowej sytuacji, nowej rzeczywistości. 

Właśnie tak zrobię, bo tak będzie trzeba. Bo nie będzie innego wyjścia.


Obraz: *Internet 

wtorek, 4 marca 2025

Mark Galeotti geopolitycznie

"Dlaczego Putin nie pokonał Ukrainy, a Trump nie cierpi Zełenskiego. Wyjaśnia znawca Rosji


Rozmowa z brytyjskim znawcą Rosji Markiem Galeottim o tym, jak historia oceni Zełenskiego i dlaczego Putin nie pokonał Ukrainy.



ALEKSANDER KACZOROWSKI: – Rozmawiamy w trzecią rocznicę inwazji Rosji na Ukrainę. Czy ta wojna wkrótce się skończy?

MARK GALEOTTI: – Jesteśmy bliżej zawieszenia broni. Prawdopodobnie armaty zamilkną jeszcze tej wiosny.

Na długo?

Na tydzień albo na 10 lat.

Od czego to zależy?

Od Władimira Putina. Na tym polega problem. Ukraińcy słusznie się obawiają, że po zawarciu rozejmu to prezydent Rosji przejmie inicjatywę. To on wybierze moment, w którym znów zaatakuje, jeśli postanowi to zrobić.

Jak tego uniknąć? Co by pan doradził Donaldowi Trumpowi, gdyby on kogokolwiek słuchał?

Powiedziałbym, że Ukraina potrzebuje gwarancji bezpieczeństwa. A trudno wyobrazić sobie inne gwarancje niż członkostwo w NATO. Tak naprawdę chodzi przecież o czynnik odstraszania, czyli słynny art. 5 Traktatu północnoatlantyckiego. To jasne, że Putin nie szanuje Europejczyków ani się ich nie boi. Obawia się tylko Ameryki i ewentualnie połączonych sił Zachodu. Dlatego nie widzę szans na pokój i odbudowę Ukrainy bez jej przyszłego członkostwa w NATO. Choć oczywiście wiem, że wśród członków Sojuszu nie ma na to zgody.

Przede wszystkim wykluczył to prezydent USA.

Trump po prostu powiedział głośno to, co wszyscy wiedzą: że w obecnej sytuacji USA, Niemcy i jeszcze kilka innych państw członkowskich nie zgadza się na przyjęcie Ukrainy do NATO. Ale podczas negocjacji wszystko jeszcze może się zmienić. Zwłaszcza jeśli stawką jest wojna lub pokój. Albo np. decyzja Kijowa o budowie potencjału nuklearnego. Jedno jest pewne: jeśli Kijów nie otrzyma ochrony na mocy art. 5, to Europa będzie musiała zapewnić Ukrainie tak mocne gwarancje bezpieczeństwa, jak to tylko możliwe.

I czym to się skończy? Nie boi się pan wojny jądrowej?

Czuję się tym bezpieczniej, im częściej Putin o niej mówi.

Jak to?

Dla niego broń jądrowa to element arsenału informacyjnego. Za każdym razem, gdy o tym wspomina, zwraca się do konkretnych odbiorców na Zachodzie, by ci z kolei zmusili Ukrainę do zakończenia wojny na niekorzystnych warunkach. Putin nie jest fanatykiem, tylko kleptokratą. On nie chce końca świata.

I nie obawia się pan, że w przyszłym roku najedzie Europę?

Nie. Krąży wiele nonsensów o potencjale wojskowym Rosji. A naprawdę Rosjanie potrzebują ośmiu lat, by odbudować taką armię, jaką mieli w lutym 2022 r. Mam powyżej uszu polityków, którzy opowiadają, że Putin za dwa lata będzie gotów zaatakować Europę. To dlaczego nic z tym nie robią? Czemu tylko wciąż się spierają, czy przeznaczyć 2 czy 2,5 proc. PKB na obronność? Gdyby naprawdę wierzyli, że dojdzie do wojny, wydawaliby 5 albo nawet 8 proc. Czyli albo kręcą, albo są skrajnie nieodpowiedzialni.

A pan jak uważa?

Uważam, że straszą nas widmem wojny, by Europejczycy nadal wspierali Ukrainę.

Nie powinniśmy być gotowi na wojnę?

Oczywiście, że tak. Europa musi rozbudować zdolności obronne na wypadek konfliktu z Rosją. Choć moim zdaniem jest on mało prawdopodobny. Zwłaszcza gdyby w dłuższej pespektywie Ukraina została przyjęta do NATO.

Nie rozumiem.

Przyjęcie Ukrainy do Sojuszu ogromnie wzmocniłoby Europę. Siły zbrojne Ukrainy to najbardziej ostrzelana armia na kontynencie. Na dodatek – jak powiedział Wołodymyr Zełenski – chętnie zastąpiłaby wojska amerykańskie. W razie konfliktu z Chinami Amerykanom byłoby to bardzo na rękę móc przerzucić swoje siły z Europy do Azji.

A ja znów pytam: co na to Putin?

Z pewnością nie byłby zadowolony. Musimy jednak zrozumieć, że nie jest wszechmocny. Stara się sprawiać wrażenie, jakby mógł bez końca prowadzić tę wojnę. Ale i on ma powody, by ją zakończyć. Nie może kontynuować wysiłku wojennego na obecnym poziomie dłużej niż przez najbliższy rok. Później zwykli Rosjanie dostaną wreszcie po kieszeni, a wtedy ryzyko polityczne dla Kremla niepomiernie wzrośnie.

Czy Putin ma obsesję na punkcie Ukrainy?

Najważniejsze przesłanki, które zdecydowały o wybuchu wojny, były obecne w tym, co pisał i mówił, zanim jeszcze został prezydentem. Po pierwsze, jego przekonanie, że Rosjanie zostali skrzywdzeni, że odmówiono im należnego miejsca w świecie. A po drugie, że Ukraińcy nie są prawdziwym narodem. To nonsens, ale on święcie w to wierzy. Putin jest przekonany, że zachodnia Ukraina to dawna Rzeczpospolita, a wschodnia – to Rosja. I że Ukraina jako taka to część historycznego i kulturowego dziedzictwa Rosji. Kiedy mówi, że Kijów jest matką ruskich grodów, brzmi to tak, jakby dziecko wołało: „Mamusiu, wróć!”.

I dlatego zaatakował Ukrainę?

Naprawdę uważał, że zajmie ten kraj bez większego wysiłku. Jeszcze w lutym 2022 r. liczył na to, że wystarczy zmienić władze w Kijowie, by Ukraińcy poszli po rozum do głowy. Ponarzekają trochę, ale w końcu się z tym pogodzą. Dlatego armia inwazyjna składała się nie tyle z wojska, ile z oddziałów Rosgwardii, przeznaczonej do tłumienia zamieszek. Putin nie spodziewał się zbrojnego oporu, co najwyżej sporadycznych protestów czy demonstracji ulicznych. Zgubiła go pycha.

Wcześniej prowadził wojny ze względnie słabymi przeciwnikami, w Czeczenii, w Gruzji czy nawet w Syrii. Nigdy nie służył w wojsku, więc nie rozumie, czym jest wojna, i jak większość laików daje się zwieść pozorom. Bardziej interesują go lśniące czołgi i rakiety podczas defilady na placu Czerwonym niż logistyka, morale, ćwiczenia. Czyli to, czego na co dzień nie widać, ale co w wojsku liczy się najbardziej. Z drugiej strony uważa wojnę za całkowicie usprawiedliwiony środek prowadzenia polityki. To tylko kolejne narzędzie. Jeśli nie można kogoś kupić albo zastraszyć, to trzeba go najechać. Putin nie ma żadnych oporów przed użyciem siły. Ale powtarzam, był przekonany, że Ukraina nie stawi oporu, że nawet nie dojdzie do wojny.

Dlaczego?

Ponieważ rosyjska autokracja zdominowała tamtejszą technokrację. W Rosji nie brakuje kompetentnych ludzi, którzy znają się na swojej robocie, czy to ekonomistów, czy nawet generałów. Niestety, choć wielu z nich zdawało sobie sprawę, że wojna z Ukrainą to nie będzie żaden spacerek, nie znalazł się nikt, kto powiedziałby Putinowi: „Władimirze Władimirowiczu, idziemy na zbyt wielkie ryzyko”. W rezultacie prezydent Rosji uznał, że ma szansę zapisać się w dziejach jako car, który odzyskał Ukrainę. A teraz nie może się wycofać, bo nie chce być carem, który ją stracił.

Tymczasem od lutego 2022 r. wskaźniki przestępczości w Rosji wzrosły dwukrotnie. Gangi mają się świetnie, bo Kreml używa ich do sabotaży w Europie. Pilot wojskowego śmigłowca Maksym Kuzminow, który w 2023 r. uciekł do Ukraińców, zamieszkał w Hiszpanii i zginął tam przed rokiem w zamachu, niemal na pewno został zastrzelony przez gangsterów na usługach rosyjskiego wywiadu wojskowego.

I co z tego wynika?

Im bardziej Kreml polega na gangsterach za granicą, tym większą bezkarność musi im zapewnić w kraju. A rosyjska policja cierpi na braki kadrowe, bo potencjalni rekruci wolą pójść do wojska znęceni bonusami. Rosja ma więc coraz potężniejszą przestępczość i coraz słabsze siły policyjne. I coraz więcej broni na ulicach. Z oficjalnych statystyk wynika, że liczba przestępstw z użyciem broni w obwodach graniczących ze strefą wojny wzrosła 15-krotnie. Rosję czeka wojna gangów, może nie taka jak w latach 90. XX w., ale na pewno będzie gorąco.

Może Putin jest gotów zapłacić taką cenę za wygraną z Ukrainą?

Bądźmy poważni. Rosjanie zaczęli wojnę, do której nie byli przygotowani. I na dodatek prowadzili ją inaczej, niż powinni. Wyrzucili do kosza własną strategię wojenną, bo ważniejsze były fobie przywódcy. Nawet jeśli utrzymają tę prawie jedną piątą ukraińskiego terytorium, które zajęli, to i tak będzie oznaczać, że ponieśli klęskę. I wszyscy to wiedzą. Na dodatek pierwszy raz nie mają na kogo zwalić za to winy. W 1917 r. winny był car, w 1991 – komuniści, a teraz sami zaczęli tę wojnę i dopuścili się okropnych zbrodni. Nie mają już alibi.

Może zwalą winę na Putina?

Władimir Putin to rzeczywiście figura okresu przejściowego. Homo sovieticus, konstrukt epoki radzieckiej. A niemal wszyscy ludzie w jego otoczeniu to jego klony. Większość, tak jak on, ma siódmy krzyżyk na karku, przeważnie wywodzą się z KGB, wielu pochodzi z Petersburga. I nie należeli z urodzenia do sowieckich elit. Oni się do nich wdarli, mieli przed sobą wspaniałe kariery, tylko że nagle Związek Radziecki przestał istnieć.

Stąd te ich wieczne pretensje do świata, dlatego nie mogą pogodzić się z końcem imperium. Jestem Brytyjczykiem i wiem coś o tym – to wymaga czasu. Putin nie przyjmuje do wiadomości, że Rosja nie jest już potęgą światową. Prostą konstatację, że Rosja to nie ZSRR, uważa za akt agresji z naszej strony. Chce być traktowany jak przywódca mocarstwa, ma XIX-wieczne wyobrażenie o geopolityce i jest przekonany, że Kreml ma święte prawo do posiadania własnej strefy interesów.

Ta strefa to dawne ZSRR?

Tak. Jeśli chodzi o państwa bałtyckie, to Putin pogodził się z tym, że nigdy nie były naprawdę sowieckie, i zaakceptował ich odejście. Ale inne państwa postsowieckie w mniejszym czy większym stopniu uważa za rosyjską strefę wpływów. Rozumie, że Azerbejdżan jest teraz raczej tureckim wasalem niż rosyjskim. I że Chiny odgrywają coraz większą rolę w Azji Środkowej. Jednakże rdzeń słowiański, czyli Rosję, Ukrainę i Białoruś, uważa za jedną niepodzielną całość. Białoruś jest już na poły państwem wasalnym Rosji. Została Ukraina.

Jak historia oceni Zełenskiego?

Jego prezydenturę można podzielić na dwie części – przed i po inwazji. Przed inwazją tracił popularność, jego administracji zarzucano korupcję i nieudolność. Warto też pamiętać, że gdy doszedł do władzy w 2019 r., zajmował bardzo koncyliacyjne stanowisko wobec Kremla i rosyjskojęzycznych obywateli Ukrainy. To była szansa na porozumienie, z której Putin nie chciał skorzystać.

Czemu?

Ponieważ nie uważał Zełenskiego za poważnego partnera.

Z powodu jego przeszłości w show-biznesie?

Tak. Gardził nim. Wciąż uważa go za klauna, który zniszczył Ukrainę. Tymczasem, gdy zaczęła się wojna, Zełenski okazał się skutecznym przywódcą, uosobieniem ukraińskiego oporu. To był punkt zwrotny w jego karierze. A Ukraina ogromnie potrzebowała kogoś takiego. Zełenski stał się ikonicznym przywódcą, w czym bardzo pomogło mu obycie sceniczne. Jego odpowiedź Amerykanom, że nie potrzebuje podwózki, tylko amunicji, jest przecież jak ze stand-upu.

Albo w stylu Winstona Churchilla.

Nie, Churchill nie był taki soczysty. Musiałby być komikiem, żeby tak powiedzieć. Ukraina na początku inwazji potrzebowała superambasadora. Zełenski stał się nim i przez ostatnie trzy lata reprezentował ukraińskie interesy, często łamiąc zasady dyplomacji. Beształ rządy państw, które nie spełniały jego oczekiwań, odmawiał zaproszenia do Kijowa ludzi, których nie chciał tam widzieć. I był przy tym fenomenalnie skuteczny. Przecież gdyby nie pomoc z zagranicy, linia frontu byłaby dziś zupełnie gdzie indziej, a szanse na porozumienie nieporównanie mniejsze. I to jest największe osiągnięcie Zełenskiego. W tym sensie uratował Ukrainę.

Trump go nie cierpi i chętnie zamieniłby na kogoś innego, podobnie jak Putin.

Na szczęście obaj mają ograniczony wpływ na to, kto zostanie nowym prezydentem Ukrainy. Jednak zgadzam się, że jeśli dojdzie do zawarcia rozejmu i okaże się on w miarę trwały, pojawią się naciski, by znieść stan wojenny i przeprowadzić wybory. 

Zełenski byłby faworytem?

Wiele będzie zależeć od tego, co postanowi generał Wałerij Załużny, dawny dowódca armii ukraińskiej, obecnie ambasador w Londynie. Moim zdaniem ma zamiar wystartować. Zamienił mundur na bardzo porządny garnitur. Nie goli już głowy po wojskowemu, tylko nosi twarzową prezydencką fryzurę. Nie zajmuje się bieżącymi sprawami ambasady. Zachowuje się jak człowiek, który przygotowuje się do poważnej kariery politycznej. Są też inni kandydaci, ale Załużny będzie największym wyzwaniem dla Zełenskiego.

Nie mogą się dogadać?

Mało prawdopodobne, biorąc pod uwagę, że Załużny jest w Londynie jak na wygnaniu. Jednak w polityce wszystko jest możliwe. Nie należy też spisywać Zełenskiego na straty, choć trudno mu będzie wygrać. Wspomniał pan o Churchillu i rzeczywiście to jest podobna sytuacja. Był ogromnie szanowany przez rodaków pod koniec wojny, ale i tak przegrał wybory, bo na czas pokoju chcieli kogoś innego. Podobnie może być w Ukrainie.

Wierzy pan, że Ukraina podniesie się ze zniszczeń, że poradzi sobie bez tych milionów ludzi, którzy znaleźli się za granicą?

Oczywiście, jeśli tylko otrzyma gwarancje bezpieczeństwa. Historia nas uczy, że łatwiej zbudować wszystko od nowa, niż zmieniać po trochu. Jakie kraje doświadczyły cudu gospodarczego po 1945 r.? Niemcy, Włochy, Japonia. Problem polega na tym, że choć zbliżamy się do fazy tej wojny, gdy ludzie przestaną ginąć, to jej koniec wciąż jest bardzo odległy. Prawdziwe rozwiązanie konfliktu będzie wymagało wiele czasu, woli politycznej i bardzo drobiazgowych negocjacji. Nie sądzę, że administracja Trumpa naprawdę jest do nich przygotowana."

ROZMAWIAŁ ALEKSANDER KACZOROWSKI

***

Mark Galeotti (ur. 1965 r.) – brytyjski historyk, znawca Rosji, specjalista ds. zagadnień z zakresu bezpieczeństwa, autor książek „Wojny Putina. Czeczenia, Gruzja, Syria, Ukraina” (2025), „Wszystko jest wojną. Jak mocarstwa zrobiły z ciebie broń” (2023) oraz „Wory. Tajemnice rosyjskiej supermafii” (2020).

Polityka 9.2025 (3504) z dnia 25.02.2025; Świat; s. 55

Oryginalny tytuł tekstu: "Marna wygrana"


Obraz: *Polityka 

poniedziałek, 3 marca 2025

TOM PALMER ostrzega przed Trumpem

 "Często uważa się, że pewne wydarzenia w Stanach Zjednoczonych są niemożliwe ze względu na siłę instytucji. Ale każda instytucja to przede wszystkim ludzie. Jeśli urzędnik nie wypełnia swoich obowiązków, żaden dokument tego nie naprawi. Sądownictwo pozostaje ostatnią linią obrony, ale Trump otwarcie mówi o jego ignorowaniu. Mam nadzieję, że sądownictwo odegra swoją rolę, a stanowe organy ustawodawcze i Kongres będą je wspierać. W przeciwnym razie istnienie Stanów Zjednoczonych może się zakończyć" - mówi Tom Plamer amerykański analityk, promotor idei libertarianizmu.



"FORBES": Kilka tygodni temu Trump groził Putinowi. Potem zaczął krytykować Ukrainę. Co się zmieniło?

TOM PALMER: Trump nie jest zwykłym człowiekiem. Bierze pod uwagę tylko własne interesy. Jeśli dostaje najlepszą ofertę, akceptuje ją.

Rosja złożyła lepszą ofertę?

- Myślę, że dostał lepszą ofertę. Jest zasadniczo transakcyjny. Nie ma sentymentów do interesu publicznego ani sprawiedliwości. Dla Trumpa nie ma dobra i zła. Jest tylko “ja” i “moje interesy”. Wygrywa ten, kto złoży najlepszą ofertę.

Ukraina również złożyła ofertę geologiczną. Wygląda jednak na to, że podczas negocjacji Trump zastosował typową dla siebie taktykę atak-atak-atak. Jak Kijów może zawierać umowy z Trumpem, zachowując jednocześnie swoją suwerenność gospodarczą?

- Mądrze byłoby dotrzeć do Europejczyków i przypomnieć im, że Ukraina jest pierwszą linią ich obrony. Nadszedł czas, aby Europa wsparła Kijów i przeciwstawiła się politycznym negocjacjom Trumpa. Trump wydaje się postrzegać Putina i Xi jako cesarzy i chce dzielić z nimi świat. Istnieje ryzyko, że byłby skłonny oddać Tajwan Chinom, Ukrainę i kraje bałtyckie Rosji. A sobie przyznać Grenlandię, Panamę, Gazę, a może nawet Kanadę.

Wspomniałeś o Europie…

- Zalecałbym również zwrócenie uwagi na Koreę Południową, Japonię i Tajwan. Już wsparły one Ukrainę, ale mogłyby zrobić więcej, gdyby zobaczyły, że Trump jest gotowy scedować je na Chiny. Ten koszmarny scenariusz może zostać powstrzymany w Ukrainie.

Jak oceniasz zmiany w amerykańskim establishmencie i społeczeństwie w pierwszym miesiącu prezydentury Trumpa?

- Ta polityka wykracza poza normę. Pod pretekstem redukcji biurokracji dochodzi do uzurpacji władzy, a urzędnicy są zastępowani lojalistami. Otwiera to drogę do ustanowienia pełnej kontroli nad państwem pod sztandarem kultu. Co więcej, sytuacja może stać się jeszcze bardziej chaotyczna.

Niektórzy przedstawiciele nowej administracji USA uważają się za libertarian.

- Używają tego terminu, aby usprawiedliwić uzurpację władzy i jej koncentrację w rękach jednej osoby. Nie chodzi o zmniejszenie wpływu państwa, ale o przekazanie go w ręce zwolenników własnego kultu. Trudno wyobrazić sobie coś bardziej odległego od libertariańskich wartości. Teraz opisuję siebie jako liberała, który wierzy w wolność. Ponieważ termin “libertarianizm” został wypaczony do tego stopnia, że nie odzwierciedla już idei rządów prawa, wolnego i otwartego społeczeństwa.

Wygląda na to, że Stany Zjednoczone nie mają obecnie skutecznej opozycji. Czy nadal istnieją skuteczne mechanizmy kontroli i równowagi?

- Instytucje, mechanizmy kontroli i równowagi działają tylko wtedy, gdy urzędnicy działają zgodnie z prawem i sumieniem. Często uważa się, że pewne wydarzenia w Stanach Zjednoczonych są niemożliwe ze względu na siłę instytucji. Ale każda instytucja to przede wszystkim ludzie. Jeśli urzędnik nie wypełnia swoich obowiązków, żaden dokument tego nie naprawi. Wszystko zależy od chęci ludzi do robienia tego, co słuszne. A tego właśnie teraz brakuje. Chociaż w 2021 r. widzieliśmy, że jest to możliwe.

Masz na myśli Mike’a Pence’a?

- To jest dobry przykład. Mimo gróźb postąpił słusznie. To samo można powiedzieć o sekretarzu stanu Georgii, urzędnikach w Arizonie i Michigan, republikanach i innych zwolennikach Trumpa, którzy nie złamali prawa. Wówczas niewielka grupa ludzi uratowała Stany Zjednoczone przed wojną domową. Trump wyciągnął wnioski. Teraz tacy ludzie są zastępowani przez tych, którzy będą bezwarunkowo wykonywać jego instrukcje. Sądownictwo pozostaje ostatnią linią obrony. Ale Trump już otwarcie mówi o jego ignorowaniu, a jego najbardziej zagorzali zwolennicy nie biorą pod uwagę decyzji niewybranych sędziów. Na przykład Elon Musk twierdzi obecnie, że sędziowie nie reprezentują woli ludu, a nawet grozi ich usunięciem.

"Trump widzi siebie, Putina i Xi jako imperatorów. To może się skończyć rozpadem USA" - amerykański analityk ostrzega

Nawiasem mówiąc, sam Musk również nie został wybrany w żadnych wyborach.

- Tak, ale wierzy, że prezydent jest jedynym przedstawicielem woli ludu. To retoryka typowa dla kolektywistycznych i totalitarnych reżimów. Dlatego mam nadzieję, że sądownictwo odegra swoją rolę, a stanowe organy ustawodawcze i Kongres będą je wspierać. W przeciwnym razie istnienie Stanów Zjednoczonych może się zakończyć.

Europa jest gospodarczym gigantem i geopolitycznym karłem. Jak może stać się bardziej konkurencyjną siłą geopolityczną?

- Nie sądzę, że to powinno być celem. Celem powinno być niepozwolenie na podbicie przez Putina i jego pełnomocników, takich jak Fico i Orbán. J.D. Vance dał jasno do zrozumienia, że wspiera narodowe siły kolektywistyczne, takie jak AfD. Europejczycy nie powinni teraz skupiać się na sile geopolitycznej. Powinni skupić się na istocie sprawy: ochronie europejskiej wolności, byciu niezależnym. Nie być pod kontrolą Moskwy. Jest to osiągalne w sojuszu z Ukrainą.

W wywiadzie dla “Forbes Ukraine” Gabrielus Landsbergis zasugerował, że Europa powinna dążyć do federalizacji, aby to wszystko zachować. Aby nie polegać na destrukcyjnych głosach, takich jak Orbán i Fico. Mario Draghi wyraża podobną opinię.

- To interesujące pytanie, ale nie priorytetowe. Jeśli Europa powróci do swoich ciągnących się latami procedur, może być za późno na reformę UE. Teraz potrzebne jest konkretne zobowiązanie do wsparcia Ukrainy. Skoordynowaną reakcję Europy komplikują kryzysy wewnętrzne, więc działać mogą poszczególne państwa, a nie cała UE. To tak jak z uruchomieniem firmy: jeśli plan ma zbyt wiele kroków, które mogą się nie powieść, nie ruszy z miejsca. Musisz skupić się na minimalnym realnym rozwiązaniu, a nie na idealnym projekcie.

Czy Europa ma zdolności obronne, aby stworzyć “minimalny opłacalny produkt” - aby zapewnić Ukrainie odpowiednią pomoc?

- Tak, Europa od dziesięcioleci nie inwestuje w produkcję wojskową, ale teraz nadszedł czas, aby to zmienić. Premier Danii Mette Frederiksen dała przykład, obiecując zwiększyć wydatki na obronność o 6,7 mld euro w ciągu dwóch lat. Wyjaśniła, że jeśli nie możesz kupić najlepszego sprzętu, powinieneś wziąć następną najlepszą rzecz pod względem jakości – szybkość jest kluczowa. Ma rację. Więcej krajów europejskich powinno poprzeć to podejście i skupić się na wspólnej obronie, która zaczyna się na granicy Ukrainy z Rosją.

W Monachium Zełenski zaproponował nawet utworzenie jednej europejskiej armii.

-Być może na dłuższą metę tak, ale jest już za późno, by czekać na stworzenie europejskiej armii. Rozsądne byłoby już teraz, na przykład, rozmieszczenie wojsk brytyjskich wzdłuż granicy z Białorusią w celu odciążenia sił ukraińskich. Gdyby niektóre kraje europejskie to zrobiły, byłby to znaczący sukces. Putin może grozić, ale nie chce umierać. Dyktatorzy z łatwością wysyłają innych na śmierć, ale sami cenią swoje życie. Za każdym razem, gdy ktoś przekracza rosyjską “czerwoną linię”, Kreml po prostu ją odsuwa. Rosjanie zatrzymają się, jeśli napotkają wojska francuskie lub brytyjskie. Ukraina powinna zwrócić się do swoich sojuszników w tych krajach o takie strategiczne wsparcie.

Friedrich Merz zaproponował rozmieszczenie brytyjskich i francuskich parasoli nuklearnych nad całą Europą. Czy to możliwe?

- To byłoby mądre. Nadszedł czas, aby Europa podjęła trudne decyzje. Zawsze polegała na Waszyngtonie, ale Stany Zjednoczone nie są już wiarygodnym sojusznikiem. Stało się to oczywiste po Monachium. Europejczycy powinni skupić się na własnej obronie, która zaczyna się na granicy rosyjsko-ukraińskiej.

Ale kto poprowadzi Europę w tym kierunku?

- Kraje skandynawskie wykazują się przywództwem. Polska jest złożonym, ale potężnym graczem. Radek Sikorski i Giorgia Meloni są zdecydowanymi zwolennikami niepodległości Ukrainy. Miłą niespodzianką było również oświadczenie Erdogana, że suwerenność Ukrainy nie jest przedmiotem negocjacji. To szansa dla Ukrainy, aby zjednoczyć sojuszników, którzy nie chcą, aby rosyjska granica zbliżyła się do nich. Wszyscy powinni się tego obawiać.

A Macron? Od pierwszej kadencji Trumpa najgłośniej mówił o strategicznej autonomii Europy.

- Teraz gdy Stany Zjednoczone nie gwarantują stabilnego wsparcia, nadszedł czas na wdrożenie “hollywoodzkich pomysłów”. Pomimo niestabilnej sytuacji wewnętrznej we Francji i aktywnej ingerencji Federacji Rosyjskiej, która podsyca radykalne ruchy, francuskie społeczeństwo obywatelskie powinno wspierać konstytucyjny rząd, a nie siły prorosyjskie.

W ciągu trzech lat wojny rola rządu w gospodarce i życiu publicznym znacznie wzrosła. Jakie zagrożenia niesie to dla wolności w Ukrainie?

- Wojna jest największym wyzwaniem dla wolności. Ważne jest, aby Ukraińcy nie powtarzali drogi Rosjan i nie dali się pochłonąć nienawiści i kolektywizmowi. To naturalna reakcja, ale trzeba się jej przeciwstawić. Ukraińska tożsamość to nie tylko barszcz i haftowane koszule, ale równi obywatele wolnego kraju, którzy szanują się nawzajem i nie są posłuszni dyktatorom. Ma ona głębokie korzenie sięgające czasów Siczy Zaporoskiej, gdzie wolni ludzie wybrali hetmana i utworzyli samorząd konsultacyjny. O to właśnie walczy dziś Ukraina.

Ale nawet po wojnie zagrożenie ze strony Rosji nie zniknie. Jak Ukraina może zrównoważyć bezpieczeństwo ze swobodami obywatelskimi, prawami człowieka i wolną gospodarką?

- Presja na kolektywizm zawsze będzie obecna – Ukraińcy muszą być czujni. Po drugie, nie da się obronić kraju bez silnych fundamentów gospodarczych. Kacha Bendukidze [w latach 2004-2008 odpowiadał za reformy gospodarcze w Gruzji – przyp. tłum.] rozumiał to bardzo dobrze: tylko dobrze prosperujące społeczeństwo daje ludziom motywację do pozostania, wychowywania dzieci i budowania przyszłości. A to jest możliwe tylko wtedy, gdy istnieje wolność gospodarcza.

Z jednej strony, po wojnie chcemy szybko stać się członkiem UE. A to wymaga wdrożenia wielu surowych europejskich regulacji. Z drugiej strony potrzebujemy wolnej i mniej regulowanej gospodarki, aby szybko wyjść z kryzysu. Jak z tego wybrnąć?

- Rozwiązaniem jest deregulacja gospodarki przed przystąpieniem do UE. Pozbycie się absurdalnych ograniczeń, tak jak zrobił to Bendukidze w Gruzji. Uproszczenie importu. Jeśli produkt spełnia standardy USA, UE, Kanady, Japonii lub innych krajów rozwiniętych, nie są wymagane żadne dodatkowe kontrole w Ukrainie. Outsourcing tych funkcji i wyeliminowanie niepotrzebnych procedur administracyjnych.

Zostaw tylko niezbędne zezwolenia. Bendukidze przyniósł kiedyś setki dokumentów do Gabinetu Ministrów i zapytał: “Czy potrzebujemy pozwolenia na sprzedaż kwiatów?”. Zostało ono anulowane wraz z 700 innymi nieistotnymi przepisami. Ukraina powinna zrobić to samo. Reforma podatkowa jest niezwykle ważna. Prosta stawka ryczałtowa, taka jak 10-10-10, zwiększy przychody budżetowe, ponieważ firmy i osoby fizyczne wydobywają pieniądze z cienia. Taki system jest znacznie lepszą podstawą dla wzrostu gospodarczego niż złożona progresywna skala podatkowa.

Obecne podatki w Ukrainie są nieprzewidywalne. Firmy są zmuszone do optymalizacji. Należy to zmienić. Stały podatek dochodowy od osób prawnych i fizycznych szybko przyjęty przez parlament uczyniłby system bardziej przejrzystym. Podatek VAT powinien również zostać uproszczony, aby przedsiębiorstwa nie musiały walczyć o zwrot podatku eksportowego. Obecnie Ukraina faktycznie opodatkowuje własny eksport, co jest ekonomicznym nonsensem. Wszystko to można zrobić i bezpośrednio przyczyni się to do obronności. Silna gospodarka chroni kraj lepiej niż słaba."

Tom Palmer – amerykański pisarz libertariański, starszy analityk Cato Institute i wiceprezes Atlas Network


*Tłumaczenie: Maciej Gajek

Obraz: *Forbes